Po szóstej rano wyruszamy kilkoma samochodami na dwudniowe safari do Parku Narodowego Tsavo. Jest to główny punkt programu naszej wycieczki do Kenii. Jedziemy ulicami Mombasy. Nie mogę oderwać oczu od tego, co widzę z jadącego samochodu. Ten niezwykły widok stanowią tętniące życiem ulice Mombasy. Poranne godziny, gdy ludzie idą do pracy, rozstawiają swoje stragany, matki prowadzące dzieci do szkoły oraz naganiacze lokalnych busów pokrzykujący na ludzi, by wybrali ich pojazd. Obserwuję dziesiątki wozów z dyszlami, które są ciągnięte siłą ludzkich mięśni, a także olbrzymie wysypisko śmieci, na którym swoje szałasy wybudowali miejscowi śmieciarze, a to wszystko jest tylko kilka kilometrów od centrum Mombasy, gdzie w tumanach kurzu przemieszczają się i żyją ludzie. Ta tętniąca życiem ulica jest zupełnie inna od tej spotykanej w Europie. Moja myśl: Muszę tu wrócić! Jeszcze nie wyjechaliśmy z Mombasy, a ja już myślałem co zrobić, by jeszcze raz zobaczyć te miejsca.

Do Tsavo mamy ok 200 km. Jedziemy jedyną asfaltową drogą w Kenii, która łączy Mombasę z Nairobi. Obok biegnie jedyna linia kolejowa, która także przebiega pomiędzy tymi dwoma miasta. Transport kolejowy jest tu jednak znikomy, więc drogą pędzi tysiące ciężarówek. Co jakiś czas mijamy „myjnię samochodową” – plastikowa beczka z wodą, garnuszek i szczotka. W taki sposób miejscowi ludzie czyszczą swoje samochody. Kierowca jest tu kimś ważnym i rzadko samodzielnie zabiera się za taką pracę. Im dalej od Mombasy, tym mniej domów. Jałowa ziemia, na której widać co jakiś czas uprawy oraz biednie wyglądające domy, często niemurowane – to najbardziej rzucający się w oczy widok. Kawałek blachy falistej, który służy często na konstrukcję dachu czy ściany jest tu bardzo cennym towarem. Kilkanaście kilometrów przed parkiem widzimy kilka zebr i zaczynają się emocje związane z wypatrywaniem zwierząt. Wjeżdżamy do parku i wszyscy wystawiamy głowy, by zobaczyć afrykańską florę i faunę. Przewodnik mówi nam, że w tym parku z tzw. wielkiej piątki – słoń, lew, nosorożec, lampart i bawół, uda nam się zobaczyć słonia i być może, przy dobrych wiatrach bawoła. O innych możemy tylko pomarzyć, bo tu jest to niesłychana rzadkość. Po 2-3 km jazdy widzimy w krzakach pierwszą antylopę. Ależ radość! A parę kilometrów dalej kilka słoni! Cóż za szczęście i jakie emocje! Oglądanie tych samych zwierząt w ZOO to zupełnie nie to samo. Emocje, które towarzyszą mi w wypatrywaniu dzikich zwierząt przeplatam obserwacją krajobrazów. Pora „sucha” ma się ku końcowi, a więc roślinność nie jest soczysto zielona. Mamy i tak szczęście, że w nocy spadł deszcz, więc nie jedziemy w tumanach kurzu. Olbrzymie przestrzenie z każdej strony, drzewa, krzewy, trawy i zapach… Afryka pachnie tak odmiennie od wszystkiego, co znałem do tej pory… O jest! Żyrafa! Nie sądziłem, że jej widok wzbudzi we mnie takie emocje. Jeśli tylko wypatrzymy jakieś zwierzę kierowcy zatrzymują się, aby można było zrobić zdjęcie i chwilę je poobserwować. W czasie drogi, co jakiś czas można dostrzec kilka antylop schowanych w cieniu drzew, bo skwar południowego słońca daje im się we znaki. Dość często widzimy antylopę dick-dick – to najmniejsza antylopa wielkości małego psa. Po kilku godzinach dojeżdżamy do wygodnego hotelu w środku parku. Jest on położony na wzgórzu, z pięknym widokiem na olbrzymie połacie sawanny. Z każdej jej części docierają nas odgłosy wydawane przez zwierzęta. Sawanna tętni życiem. Ktoś poluje, a kogoś upolowano… Ochrona dba o to, aby ktoś nie wybrał się nawet kilkadziesiąt metrów poza teren hotelu, bo można nie wrócić J W pobliżu hotelu zrobiony jest specjalny wodopój i jedząc na tarasie obiad można obserwować niemalże obok siebie antylopy, które przychodzą zaspokoić pragnienie. Po posiłku wyjazd na dalsze poszukiwanie afrykańskich zwierząt. Żyrafy cały czas są dla nas bardzo atrakcyjnym obiektem do obserwacji, czasem w powietrzu lub na drzewie można spotkać jakiegoś skrzydlatego drapieżcę, świetnie prezentują się także sekretarze. Jedziemy w pierwszym samochodzie. Nic się nie dzieje, jaki tu spokój, la, la, la, la… i nagle, tuż przed nami przyczajony przy drodze lampart!!! Z odległości kilku metrów robię zdjęcia, zapominając o parametrach nastawiania przysłon czy czułości. Emocje sięgają zenitu, bo nikt nie spodziewał się takiego „rarytasu”. Sam kierowca, który setki razy przemierzał tę trasę jest podekscytowany. Co za piękny kot! I jaki wyrozumiały. Pozwolił nam przez kilka minut patrzeć na siebie J Chwilę później podjeżdżamy koło małego stawu i … JEST!!! LEW !!! Lew odpoczywający obok upolowanego bawoła. To niesamowite! To prawie niemożliwe, a jednak – widzimy lwa! Safari to nie jest ZOO, zupełnie inne emocje towarzyszą spotkaniu z królem zwierząt w jego naturalnym środowisku.

Następny dzień safari rozpoczynam od powitania wschodzącego słońca nad sawanną. Jak zwykle w takich magicznych chwilach towarzyszy mi swego rodzaju wzruszenie. Widok wschodzącego słońca, odgłosy i zapach sawanny… Gdy zamknę oczy to wciąż jeszcze widzę, słyszę i czuję…

W kolejnym dniu na safari nic nie zdołało przebić emocji poprzedniego dnia, kiedy pojawił się lampart, a zaraz potem lew. Zwiedzamy inne zakątki parku, z odmienną roślinnością, tereny usiane wzgórzami i rezerwat parku ze źródłami rzeki, której woda pobierana jest do Mombasy. Safari wzbudza emocje i jest pięknym, ciekawym przeżyciem. Ale ja już kombinuję jakby tu wrócić na ulice Mombasy…

  1. Stas Odpowiedz
    Dziękuję pięknie za wszystkie krmontaeze Aśku trzeba to będzie jeszcze kiedyś powtf3rzyć, no może już bez niedźwiedziego trybu życia już nie te lata kochana, nie te lata ))Edek merci bardzo tam na grań GC zaprowadziły nas momentami bardzo stromymi ścieżkami na własne ryzyko nasze zwinne stf3pki ))

Skomentuj

*

captcha *