Jeszcze przed wylotem do Kenii ostrzegano nas, że poruszanie się po ulicach Mombasy, zwłaszcza samotne, nie jest zbyt rozsądne i bezpieczne. Sytuacje, w których ktoś bardzo szybko i nieoczekiwanie traci portfel, torebkę, aparat fotograficzny lub kamerę, nie należą do rzadkości. Ponadto ludność miejscowa bywa czasem dość nieprzyjazna wobec osób o innym kolorze skóry.

Nie wiem dokładnie dlaczego, ale odkąd pamiętam, zawsze fascynowały mnie lokalne targi i stragany, ulice zapełnione miejscowymi ludźmi, którzy spieszą się do swojej pracy, dziećmi idącymi do szkoły. Uliczne sklepiki czy slumsy biedoty przyciągają mnie niczym magnes.

W 1990r kiedy nasz statek przybił do Dżakarty wziąłem taksówkę i kazałem zawieźć się na slumsy. Więcej o tym wspominam w części Daleki Wschód. Od tego czasu minęło ponad 20 lat, a mnie wciąż fascynują i przyciągają podobne miejsca. Kiedy w drodze na safari zobaczyłem ulice Mombasy, zapełnione różnorodnym tłumem ludzi, wiedziałem, że zanim wyjadę z Kenii, muszę tu wrócić. Aby było bezpieczniej, na tę eskapadę umówiłem się z moimi dwoma znajomymi, jednak o umówionej wcześniej, szóstej rano przy recepcji, oprócz mnie, nie zjawił się nikt. Cóż… wziąłem taksówkę i samotnie wyruszyłem na ulice Mombasy. Mimo wczesnej pory, powietrze było gorące i duszne. Nawet otwarta w samochodzie szyba nie dawała zbyt wiele orzeźwienia. Gdy kierowca zobaczył spoczywający na moich kolanach aparat, poradził mi, aby kilka razy owinąć pasek aparatu wokół ręki, ponieważ ktoś z łatwością mógłby podbiec i wyrwać mój sprzęt, a ja szybko zostałbym z niczym…

Wysiadłem z taksówkarzem tuż obok promu łączącego dwa brzegi rzeki. Ujrzałem różnokolorowy tłum ludzi schodzących z promu, spieszących do pracy, dziesiątki lokalnych busów z „naganiaczami” szukającymi klientów, ulicznych handlarzy przy stoiskach z jedzeniem, grupki dzieci czekających na autobus do szkoły. Dostrzegłem niesamowity kontrast pomiędzy pięknymi reklamami różnych usług i produktów, a tuż obok walającymi się wszędzie śmieciami i biedotą. Skwar i kurz, piękne oczy muzułmanki spoglądające na mnie spod czadoru, małe dzieci noszone w chustach matek niczym najcenniejszy skarb – to wszystko było tak fascynujące!

Jednak ulice Mombasy to nie Azja czy Istambuł, gdzie obiektyw aparatu skierowany w stronę ludzi wywołuje ich uśmiech lub gest pozdrowienia. Tutaj już po 2-3 ujęciach doświadczam, że jest zupełnie inaczej. Zmarszczone czoła, złość bijąca z oczu niektórych mężczyzn, odwracanie twarzy, wręcz agresja skierowana w moją stronę. Mój obiektyw 28-300 mm waży ponad 1,5 kg i ma kilkadziesiąt centymetrów długości i wiem, że nie mogę schować go w dłoni, aby w dyskretny i niezauważalny sposób robić zdjęcia. Układam więc aparat na biodrze, idę kilkaset metrów chodnikiem i robię serię zdjęć. Nie są one tak dobre, jak chciałbym by były, często nieostre, wykonywane na szybko i z niezbyt dogodnej pozycji, ale pragnę, by chociaż kilka z nich przypomniało mi ten barwny i inspirujący tłum.

Poprosiłem taksówkarza, aby, na ile to możliwe, był moim przewodnikiem i ochroniarzem… W ciągu 3 godzin, które z nim spędziłem, wędrując po ulicach, trzy lub cztery razy dawał jakieś kwoty pieniędzy tubylcom, którzy zaczynali dość agresywnie reagować, gdy próbowałem skierować obiektyw w ich stronę.

Niezbyt dobrze mówię po angielsku, napotkany taksówkarz też nie wykazywał zbyt dobrej znajomości tego języka, dlatego trochę czasu zajęło nam ustalenie miejsca, gdzie najbardziej chciałem pojechać. Nazwałem sobie to miejsce „wrotami piekieł”. Przez owe wrota przejechaliśmy w drodze na safari. To ok. 7-10 km głównej drogi, spowitej w tumanach kurzu, z tropikalnym słońcem równika w zenicie. Przejeżdżając tamtędy zamyka się wszystkie szyby samochodu i zasłania usta, z drugiej strony w tym samym obszarze ludzie idą do pracy, rozkładają swoje uliczne stragany, a obok są ich domy i miejsca pracy. Wielu ludzi z różnych części Kenii i Afryki przyjeżdża w to czy inne, podobne rejony, próbując polepszyć swój byt, bo tam, gdzie żyli, było jeszcze gorzej. Będąc tylko przez chwilę w takim miejscu jak to i porównując je z odwiedzoną wioską Masajów, gdybym musiał wybierać, gdzie chciałbym żyć, bez zastanowienia zdecydowałbym się na bycie Masajem i wiem, że byłoby to życie pełniejsze, szczęśliwsze.

Urodziłem się w czasach „słusznie uznanych za niesłuszne” i dopóki po raz pierwszy nie przekroczyłem w 1988 r granicy RFN, nie odczuwałem, że żyję w państwie, które z racji swojego systemu, zamknęło mi wiele możliwości. Kiedy w 1989r. byłem przez dwa tygodnie na Syberii i trochę rozmawiałem z tamtejszymi ludźmi, widziałem ich codzienny byt, pomyślałem, że w tym wielkim państwie żyją jak niewolnicy.  Wtedy byłem wdzięczny za swój los, za to, że jestem Polakiem i mogę mieszkać w Polsce. Rok później zachwycałem się ekskluzywnymi hotelami Manili nad oceanem, a po drugiej stronie tej samej ulicy i widziałem domy ludzi przy wysypisku śmieci, gdzie dzieci razem z psami szukały czegoś do jedzenia. W Jakarcie oglądałem z zewnątrz zachwycający i pełen dekoracji pałac prezydenta, podczas, gdy trzysta metrów od niego, pod mostem, mieszkała wielodzietna rodzina. Dotarło do mnie wtedy, że dopóki człowiek nie posmakuje innego świata, innych warunków życia, wolności, nie czuje się nieszczęśliwy, bo skala bycia szczęścia, satysfakcji czy bogactwa jest tak naprawdę umiejscowiona w środowisku, w którym się urodził i żyje.

Kiedy zatem fotografuję tych biednych w naszym pojęciu ludzi i środowisko, w którym żyją, podchodzę do takich sytuacji w sposób bardziej „warsztatowy”. Zastanawiam się raczej jak uwiecznić te miejsca, ludzkie zachowania i twarze niż to, jak mógłbym im pomóc. Nie uniknąłem i zapewne nie uniknę jednak chwil pełnych emocji i wzruszenia, czasem łez, które w podobnych środowiskach zdarzają mi się, zwłaszcza wtedy, kiedy tematem fotografii jest dziecko. Nie wyzbędę się empatii i też nie chcę tego robić. Fotografując, nie tylko patrzę i myślę nad tym co i jak robię, ale również, a może przede wszystkim angażuję w to swoje uczucia.

W nazwanych przeze mnie „wrotach do piekła” spędziłem około pół godziny. Za mało, aby zrobić wystarczająco dużo zdjęć, aż nadto, aby chcieć stamtąd uciec…

Wracamy w kierunku centrum Mombasy. Co jakiś czas wysiadam z samochodu, bo dostrzegam np. ulicznego szewca, który naprawia klapki, ludzi, którzy w prymitywnych, w naszym pojęciu, warunkach gotują coś na ulicy, by w ten sposób zarobić na życie. Mijam dwóch młodzieńców na chodniku, którzy naprawiają motocykl i kilkoro dzieci przed szkolną bramą, wpatrujących się z uwielbieniem w nowe ołówki wystające z kartonu ulicznego handlarza. Gdybym tylko mógł, z chęcią spędziłbym w takich miejscach wiele czasu i wiem, że nie byłoby to dla mnie nudne. Wręcz odwrotnie – fascynuje mnie ulica i ludzie, których można tam spotkać. Doświadczyłem jednak wyraźnie tego, że w różnych częściach świata podobne środowiska ludzi mogą inaczej reagować na człowieka o innym kolorze skóry, trzymającego aparat w dłoni. Taksówkarz przejechał ze mną ponad 40km. Chciał 50€. Dałem mu 80. Dla mnie było warto.

  1. Aroklovee Odpowiedz
    Zgadzam się! Kenia bez saarfi to nie to samo. Byłem już kilka razy na Kenijskim saarfi. Najdłuższe z nich Masai Mara trwało 5 dni. Nie żałuje ani minuty. Mimo, że część już atrakcji miałem okazję poznać wcześniej to jednak wiele nowości wciąż czekało na mnie. Podobała mi się też jego organizacja. Było spokojnie, bez pośpiechu, nikt nie poganiał a podczas samego saarfi nikt nie dostał zapaści ani udaru . To coś dla lubiących aktywny wypoczynek a nie dla leżących w roli jaszczurki na plaży przez 2 tygodnie

Skomentuj

*

captcha *