Obecnie żyjemy w wolnym kraju i w czasach, gdy podróże, nawet te dalekie nie są niczym nadzwyczajnym. Wystarczy mieć trochę pieniędzy, wybrać niemal dowolne miejsce na Ziemi, znaleźć odpowiednie biuro podróży (które międzyczasie nie upadnie) i w tak oto prosty sposób możemy realizować swoje marzenia.

  • Socjalistyczne czasy i wczasy

    Kiedy byłem jeszcze dzieckiem moi rodzice, a zwłaszcza mama, zabierali mnie na wczasy.  Jeździliśmy do Międzyzdrojów, Jastrzębiej Góry czy Karpacza. Mimo, że rodzice mieli dobre, jak na te czasy, posady to już np. wyjazd do Bułgarii czy Rumunii był czymś wyjątkowym. Jeśli kolega z klasy pochwalił się, że był w Jugosławii oznaczało to, że należał do socjalistycznej elity, która mogła pozwolić sobie na taką wycieczkę. W tamtych czasach podróż do Francji, Niemiec czy USA kojarzyła się Polakom przede wszystkim z wyjazdem w celach zarobkowych aniżeli ze zwiedzaniem danego kraju.

    Jako uczeń szkoły podstawowej bardzo zainteresowałem się geografią i praktycznie codziennie podróżowałem „palcem po mapie” – często szlakami bohaterów z moich ulubionych książek. Sporą część wakacji spędzałem u babci na wsi. Pamiętam, że kiedy spotykałem się z moim ówczesnym kolegą Czesiem, by razem z nim pilnować wypasających się krów, to prawie zawsze zabierałem ze sobą kieszonkowy atlas geograficzny. Często w ramach zabawy staraliśmy się odnajdywać różne miejsca i punkty zaznaczone na mapie świata. Niemalże na pamięć znałem stolice poszczególnych państw, większość mórz, pasm górskich, szczytów i jezior.

    W latach 70. w telewizji zaczęły pojawiać się w telewizji programy podróżnicze. Pierwszym, który pamiętam nazywał się „Klub sześciu kontynentów”. Kiedy na ekrany zawitały programy Tony Halika i Elżbiety Dzikowskiej – oglądałem każdy odcinek. Cóż, niestety w tamtym okresie „podróże” kończyły się właśnie na owym oglądaniu, jednak i tak ta forma poznawania świata bardzo mnie fascynowała. Gdzieś w głębi duszy pojawiała się wtedy potrzeba i chęć do odbywania takich podróży, ba, w ogóle jakiejkolwiek podróży gdzieś dalej niż pozwalała na to ówczesna władza ludowa. Jednak wtedy paszportu nie można było mieć w szufladzie swego domu, a samo otrzymanie go na ściśle zaplanowaną podróż kończyło się często odmową. Ponadto na takie dalekie wycieczki nie było po prostu pieniędzy.

    Jeśli człowiek żyje w swego rodzaju klatce nie ma raczej większych marzeń niż te, na które owa klatka pozwala. Cóż tu wiele mówić – byt kształtuje świadomość. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych byłem kilka razy na Węgrzech, w NRD czy Czechosłowacji. Jednak te podróże nie wzbudzały przesadnych emocji, bo kraje te znajdowały się w tym samym socjalistycznym bloku co Polska. Jak dla mnie miały po prostu inny kolor wszechobecnej wtedy szarości…

  • Handlowo-turystycznie 1988-1989r

    Istambuł – Bułgaria – Rumunia – Syberia – Kaukaz

    Mój pierwszy, kilkudniowy wyjazd do RFN w 1988r z okazji chrzcin córki mojej kuzynki pobudził we mnie wszystkie zmysły. Nareszcie mogłem przekroczyć ten mur i zobaczyć inny kawałek świat. Jednocześnie był to też bardzo mocny impuls wyzwalający, który sprawił, że poczułem chęć założenia własnego biznesu. Po powrocie zdecydowałam się na otworzenie zakładu fotograficznego. Polska rzeczywistość końca lat osiemdziesiątych to puste sklepowe półki, słynne kartki na zakup podstawowych towarów oraz olbrzymia inflacja. Mimo wielu zleceń w usługach fotograficznych potrzeba było wielu miesięcy pracy, roku czy nawet dwóch lat, aby swoją pracą zarobić na nową lampę błyskową, obiektyw czy też aparat. Kiedy w tamtym czasie pojawiły się pierwsze kamery video marzyłem, aby mieć jedną z nich. Panasonic M7 kosztował w Pewexie 1500 $ czyli w przeliczeniu były to mniej więcej siedmioletnie zarobki moich rodziców lub 2-3 lata działalności mojego fotograficznego biznesu. Ta kamera stała się dla mnie swego rodzaju celem. Właśnie z myślą o niej, zdecydowałem się wtedy na w pewien sposób, desperacki krok – pojechałem do Turcji. Kupiłem trochę różnych towarów, przywiozłem do kraju i sprzedałem, aby móc zarobić na wymarzony sprzęt. W tamtych czasach takim handlem zajmowało się tysiące Polaków. Osobiście wstydziłem się takiego sposobu na życie, a nagle sam zacząłem to robić. Siedmioletnim Fiatem 125p, który był moim pierwszym autem, kilka razy jeździłem do Istambułu przez ZSRR, Rumunię i Bułgarię. Oczywiście za pierwszym razem zapłaciłem tzw. frycowe, bo nikt  nie nauczył mnie jak należy targować się o towar. W następnych wyjazdach towarzyszyłem moim, doświadczonym już w takich eskapadach, znajomym. Myślę, że właśnie ten fakt przyczynił się do tego, że te „wycieczki” zaczęły przynosić dochód. Takie wyjazdy miały swój koloryt i pewną dozę adrenaliny. Wiązały się one z postojami na granicach przez dobę lub dwie, dodatkowo na każdej z nich trzeba było wyciągnąć i pokazać wszystko, co miało się    w torbach. Taki wyjazd oznaczał też stanie na targowiskach w Rumunii czy dzisiejszej Ukrainie, spanie w samochodzie, bo opłata kilka dolarów za nocleg w Istambule w tamtych czasach była dla mnie zbyt dużym luksusem.

    Istambuł oczarował mnie już za pierwszym razem. Była to dla mnie pierwsza tak egzotyczna podróż. Zupełnie inna od naszej kultura, architektura ze wspaniałymi meczetami oraz ogromna ilość i wybór towaru w sklepach – w tamtych czasach było to dla nas istnym szokiem. Miasto z nieustannym ulicznym zgiełkiem, wypełnione kolorowym tłumem ludzi, którzy co kawałek chcieli coś sprzedać lub kupić. Istambuł z pyszną turecką herbatą, olbrzymim targiem pełnym sklepików i handlarzy oraz pięknymi mostami nad cieśniną Bosfor. Egzotyka tego miejsca działała na mnie jak magnes i byłem pod jego ogromnym wrażeniem. Zachwyt nad tym miastem trwa u mnie do dziś.

    Po wielu wyjazdach, które trwały ponad rok, udało mi się uzbierać dość pokaźną sumę rubli, bo właśnie w tej walucie, w krajach byłego ZSRR, najczęściej kończyły się transakcje sprzedaży tureckich ubrań czy kosmetyków. Później wystarczyło już tylko kupić za nie złoto, przywieźć i sprzedać w Polsce, by następnie wymienić tę sumę na dolary i wybrać się do Pewexu po wymarzoną kamerę… Ponieważ ani we Lwowie, ani w innych miastach tej części ZSRR nie było tego kruszcu, po jego zakup należało się udać nieco dalej.

    W lipcu 1989r wybrałem się w podróż na Syberię. Zapewniano mnie, że tam znajdę interesujący mnie kruszec. Dwa tygodnie rejsu po Irtyszu i Obie, aż za koło podbiegunowe dostarczyło mi niezapomnianych wrażeń, które do dzisiaj wspominam. Nigdy nie sądziłem, że w tak potężnym kraju, jakim w naszych oczach było wtedy ZSRR ludzie mogą żyć w tak skrajnie ubogich i trudnych warunkach. Surowy klimat za Uralem, bezkresne przestrzenie pozbawione dróg, poza Tiumeniem niewielkie miejscowości położone wzdłuż tych dwóch potężnych rzek, którymi płynęliśmy, a w nich sklepy, w których kompletnie nie było towarów. Spotkałem tam ludzi, którzy chyba zupełnie nie mieli pojęcia, że można żyć inaczej. Chociaż mieli pieniądze, to praktycznie nic nie mogli za nie kupić. W czasie podróży spotkałem dwoje, mówiących dość słabą polszczyzną, ludzi – potomków naszych zesłańców. Ze łzami w oczach chcieli porozmawiać  o czymkolwiek, przytrzymać rękę i dać wyraz tego, że nadal czują się Polakami. Byliśmy niedaleko Workuty, gdzie tysiące naszych rodaków budowało linię kolejową. Widziałem pozostałości tych torów i nie ukrywam, że trudno było oprzeć się ogarniającemu mnie wzruszeniu. W kilku miejscach spotkaliśmy autochtonów, dla których świat niewiele się zmienił – dalej łowili ryby, trudnili się myślistwem i mieszkali w jurtach. Odniosłem wrażenie, że takim ludziom socjalizm nie zamknął okna na świat, bo chyba go też specjalnie nie potrzebowali. Wspaniałe krajobrazy syberyjskiej tundry rekompensowały rozterki towarzyszące obserwacji trybu życia i losu tamtejszej społeczności. Rejs odbył się w lipcu. Lato jest tam bardzo krótkie, jednocześnie bardzo upalne, czego mogliśmy doświadczyć. Co więcej, w całym swoim życiu nie widziałem tylu komarów – jakikolwiek postój przy brzegu czy w jakiejś miejscowości sprawiał, że większość, mimo zabezpieczeń, wracała na pokład z mnóstwem bąbli po ugryzieniach. Dwa tygodnie rejsu to szmat czasu. Na pokładzie było kilkadziesiąt osób, w większości Polaków, a także kilkunastu Rosjan – wspólne śpiewy, zabawy, rozmowy, również o… polityce. „Zobaczycie, – mówiliśmy do Rosjan – że ten Wasz Sojusz się rozpadnie. No i rok później rzeczywiście, stało się. W czasie podróży zawiązały się nowe znajomości, przyjaźnie. Do dzisiaj utrzymuję kontakt z „Czaplą”, a często wspominam Jaśka, Zbyszka czy Piotra.

    Przywiozłem z podróży trochę złota, ale ponieważ zostało mi jeszcze sporo rubli dwa miesiące później  wybrałem się na wycieczkę na Kaukaz. Tam niestety nie było złota, jednak dzięki tej podróży zobaczyłem przepiękne góry i byłem pod Elbrusem. Zdziwienie,  a wręcz strach wzbudził wtedy we mnie widok broni palnej u taksówkarza, który wiózł nas z jednego miasta do drugiego, gdzieś w okolicach Groznego. Zapytany o to, po co wozi ze sobą broń, odpowiedział, że czasem bywa tu dość niebezpiecznie. Niecały rok później, po mojej podróży, w Groznym wybuchła wojna. Szokujący był dla mnie widok kobiet pracujących za pomocą ciężkich narzędzi, takich jak kilof czy młot, gdy tuż obok nich dumnie przechadzali się oficerowie radzieckiej armii. W hotelu, w którym mieszkaliśmy pojawiło się człowiek, które za kwotę 100$ zaoferował nam przelot helikopterem wojskowym na drugą część Kaukazu, gdzie podobno było złoto. Jednak taka wycieczka dla mnie wiązałaby się już ze zbyt dużym ryzykiem i adrenaliną… Tak czy owak, były to ciekawe czasy. Po powrocie z Kaukazu wymieniłem jakimś cudem ruble na złotówki i w końcu kupiłem swoją wymarzoną kamerę.

  • Daleki Wschód – 1990r

    Szanghaj-Bangkok-Singapur-Dżakarta-Manila-Nagasaki

    W czasie podróży na Kaukaz był też Czapla, Jaśko i Piotr. Ot, syberyjska załoga. Jak Czaplo wejdziesz kiedyś na tą stronę to koniecznie pozdrów Jaśka!

    To właśnie Czapla powiedział mi na Kaukazie, że na początku 1990r będzie super rejs statkiem po Dalekim Wschodzie. Władywostok-Szanghaj-Bangkok-Singapur-Dżakarta-Manila-Nagasaki. Pięć tygodni rejsu z 2-3 dniowym zwiedzaniem poszczególnych miast. O Boże – pomyślałem – jaka wspaniała podróż! Bardzo chciałem w niej uczestniczyć! Jednak podstawowe i pierwsze pytanie brzmiało – „Za co?”. Rok tułania się po targach i ulicach Rumunii, Bułgarii i ZSRR wystarczył na zakup kamery, jednak przekonał mnie też, że nie chcę już zarabiać pieniędzy w taki sposób. Koszt podróży na Daleki Wschód wynosił 700$ czyli znowu, w przeliczeniu, był to kilkuletni zarobek Polaka z tamtych czasów. Dzisiaj 700$ to ok 2200 PLN, więc dla wielu osób nie byłoby problemem przeznaczenie jednej swojej przeciętnej pensji na tak wspaniałą i wymarzoną podróż. Jednak wtedy to nie była jedna pensja, ale majątek. Nikt w mojej rodzinie nie posiadał takiej gotówki. Poza tym, nawet gdyby znalazł się ktoś taki, to nie sądzę, aby zechciał pożyczyć mi tę kwotę, bo niby kiedy i w jaki sposób miałbym mu ją potem oddać. Kiedy myślałem o tej cudownej, na owe czasy podróży, nie mogłem zasnąć. Zasmakowałem już przyjemności poznawania i zwiedzania innych zakątków świata i dlatego, tak bardzo, chciałem tam być. Zrobiłem więc „biznesplan”: jeśli będę miał drugie 700$ dolarów to kupię ubrania w Bangkoku, przywiozę do Polski i wycieczka powinna mi się zwrócić. W Polsce trwała wtedy moda na tajlandzką odzież – nieliczni ją sprowadzali i zarabiali na tym krocie. Nie pamiętam już od ilu osób pożyczałem po 50, 100 czy 200$, aby uzbierać 700$ na bilet i kilkaset $ na tajlandzkie ciuchy. W końcu jednak udało mi się zebrać wymaganą kwotę. Przekładając na dzisiejsze realia, to tak, jakby w momencie gdy ma się normalną pracę, pójść do znajomych i pożyczyć 500.000 zł. W całym tym przedsięwzięciu było więcej mojego zapału niż jakiejkolwiek pewności, że pieniądze włożone w tę podróż się zwrócą. Po wielu rozmowach udało mi się namówić na ten rejs moich znajomych, którzy wcześniej jeździli ze mną do Turcji i dzięki którym tak naprawdę te wyjazdy przyniosły mi korzyść.

    Wyruszyłem! Czysta ułańska fantazja. Wydaje mi się, że towarzyszy mi ona do dzisiaj przy wielu działaniach i podejmowaniu decyzji.

    Na rejs wziąłem moją świeżo kupioną w Pewexie kamerę, chociaż wiedziałem, że taki sam sprzęt w Singapurze można kupić prawie o połowę taniej. Gdy tylko wyruszyłem z domu zacząłem robić pierwsze ujęcia, aby stworzyć dla siebie coś w rodzaju reportażu z mojej podróży życia. Na lotnisku Okęcie ktoś z uczestników wycieczki zapytał: „Przepraszam Pana, widzę, że ma Pan kamerę i filmuje różne sceny. Czy po rejsie taki film można by u Pana kupić?”

    KUPIĆ – to słowo wyraziście zabrzmiało w moich uszach i bez zastanowienia odpowiedziałem „Tak”. Jednocześnie przez głowę przemknęła mi myśl, że być może inni członkowie ekipy chcieliby KUPIĆ taki film. Z kilkuset osobowej wycieczki chyba tylko jeden człowiek miał przy sobie kamerę. Reszta osób, które miały kamery zostawiła je w domach, aby w Singapurze kupić kamerę na handel i nieźle na tym zarobić. Nasza grupa wycieczkowiczów liczyła ponad 300 osób.

    10 lutego 1990r o godz. 10.00 wystartowaliśmy dwoma samolotami z Okęcia. W czasie lotu do Władywostoku z przesiadką w Moskwie spotkały nas przygody na lotnisku w Chabarowsku, gdzie przetrzymali nas kilkanaście godzin bez podania jakiejkolwiek przyczyny. Filmowałem wszystko, co wydawało mi się interesujące i już wtedy wiele osób interesowało się możliwością zakupu takiej pamiątki z rejsu. Chabarowsk przywitał nas srogą zimą. Bez możliwości kupienia czegoś do jedzenia, śpiąc na walizkach, ławkach, parapetach czekaliśmy na zgodę na opuszczenie tego miejsca. Nikt z organizatorów nie mógł ustalić, jak długo to jeszcze potrwa. Późnym popołudniem następnego dnia wystartowaliśmy z Chabarowska i już za godzinę byliśmy we Władywostoku. Później czekała nas 4 -godzinna jazda autobusem do Nachodki i nareszcie – zmęczeni, ale szczęśliwi – wchodzimy na statek o wdzięcznej nazwie „Michaił Szołochow”. Kiedy zapytałem organizatorów wycieczki, czy mogę w jakiś sposób zareklamować swoją usługę jako kamerzysta, nie tylko nie odmówili, ale chętnie pomogli. W czasie rejsu robiłem krótkie reportaże z każdego odwiedzanego przez nas portu i „pokładowych atrakcji”. Organizatorzy byli wdzięczni, że jest ktoś, kto się tym zajmuje i bawi turystów. Ja natomiast byłem w swoim żywiole. Zwiedzałem świat i robiłem to, co było moją pasją – filmowałem.

    Około 2 w nocy 12 lutego wypłynęliśmy w rejs. Każda spędzona w tej podróży godzina jest dla mnie wspaniałym przeżyciem – mogę podziwiać wschody i zachody słońca lub obserwować bezkres morza, wypoczywać w basenie lub też, pod pokładem, uczestniczyć w artystycznych pokazach przygotowanych specjalnie dla nas, albo bawić się na parkiecie przy dobrej muzyce.

    Szanghaj

    Przypłynęliśmy do pierwszego punktu wycieczki – Szanghaju. W tamtych czasach w Szanghaju skupiona była ponad połowa przedsiębiorstw całego kraju.  11 mln metropolia, w po której jeździło tyle aut ile pewnie w pozostałych obszarach Chin razem wziętych. Ciekawostkę stanowiło to, że na tę naprawdę sporą ilość samochodów tylko ok. 500 należało do prywatnych właścicieli.

    Jedziemy autokarem po ulicach tej wielkiej metropolii, gdzie wyraźnie widzimy socjalistyczne „przypadłości” w miejskiej architekturze, wystroju witryn, transparentów czy chociażby w ludzkim ubiorze. Naszą pierwszą turystyczną atrakcją było zwiedzanie buddyjskiej świątyni Jaspisowego Buddy – jego prawie 2 metrowy posąg wyrzeźbiony jest w białym jaspisie. Świątynię zamieszkuje ponad 80 mnichów i funkcjonuje ona jako miejsce religijnego kultu. Następnie pojechaliśmy do tzw. centrum wystawowego, które architekturą z zewnątrz przypomina polski Pałac Kultury i Nauki. Można tu zobaczyć lub kupić pamiątki oraz użyteczne przedmioty produkowane na terenie całych Chin. Aż trudno oderwać oczy od przedmiotów wykonanych z pięknej, chińskiej porcelany – pater, kielichów, dzbanów, talerzy, filiżanek, figur czy dywanów. Są naprawdę wspaniałe.
    Wieczór spędzamy na uroczystej kolacji w hotelu. Dyrektor obiektu przywitał nas wzniośle słowami „Drodzy towarzysze” i wygłosił kwieciste przemówienie. Co prawda jedną nogą wkroczyliśmy już poza ten „polityczny mur”, jednak zaledwie kilka miesięcy wcześniej żyliśmy w takim samym ustroju, więc można by powiedzieć: swojskie powitanie. Byliśmy największą grupą turystów w tym hotelu od prawie roku. Na stołach pojawiły się różnorodne chińskie dania. Wiele zabawy dostarczyliśmy chińskim kelnerom, którzy próbowali nauczyć nas jedzenia potraw pałeczkami. Na szczęście były też widelce, noże i łyżki.

    Następnego dnia wstaję trochę wcześniej i wychodzę na spacer po ulicach miasta. Tematami, które już wtedy pociągały mnie najbardziej byli normalni ludzi, żyjący własnym rytmem, w swoim środowisku. Trochę więcej piszę o tym przy zdjęciach „Ulice Mombasy”. W 1990r w bocznych uliczkach tego olbrzymiego miasta obserwowałem ludzi, którzy bezpośrednio na ulicach rozkładali swoje małe warsztaty szewskie, kuchnie polowe, maszyny do szycia. W jednej z takich ulic trafiłem na lokalne targowisko. Mimo tak wczesnej godziny panował tam spory ruch. Można było tam kupić żywe zwierzęta, owoce, jarzyny lub zjeść gorący posiłek, chociaż osobiście miałbym co do tego spore obiekcje, bo cała sceneria wygląda bardzo prymitywnie. Widziałem także mnóstwo ludzi w każdym wieku, którzy ćwiczyli tai-chi przed swoimi domami. Jeden z Chińczyków, mający co najmniej 80 lat, wręcz wprawił mnie w osłupienie, gdy patrzyłem na to, jak bardzo jest elastyczny i giętki. Na skrzyżowaniach setki rowerzystów zmierzających we wszystkich kierunkach. O dziwo cały ten ruch odbywał się bez kolizji, natomiast ja obawiałem się przejścia przez tak bardzo zatłoczoną ulicę. W czasie podróży do takich miejsc uwielbiam takie poranne godziny, gdy ludzie spieszą się do pracy. Socjalistyczny Szanghaj tamtych czasów już wtedy pokazywał, że to miasto i Ci ludzie wytrwale dążą do sukcesu. Można mieć wiele zastrzeżeń, co do sposobów sprawowania władzy w Chinach, jednak z mojej perspektywy, w ciągu tych 22 lat to właśnie w tym kraju dokonały się największe przemiany gospodarcze na świecie. Nie jest to miejsce na gospodarcze i polityczne analizy, ponadto nie jestem ekonomistą tylko zwykłym zjadaczem chleba. Chciałbym jednak powiedzieć, że od czasu mojej podróży do dzisiaj Chiny stały się gospodarczą i finansową potęgą świata. W tamtych czasach większość żyjących tam ludzi ciężko pracowała całymi miesiącami, by zarobić na rower, a dziś to Chińczycy eksplorują cały świat, kupują fabryki, całe koncerny i przyczyniają się do rozwoju nowoczesnych technologii.

    Zarówno w Szanghaju, jak i w każdym następnym miejscu, gdzie byliśmy ponad 90% uczestników wycieczki biegało po sklepach, hurtowniach czy bazarach, aby przywieźć do Polski towar na handel. Natomiast ja prawie zupełnie przestałem o tym myśleć – zwiedzałem. Chciałem chłonąć praktycznie wszystko to, co widziałem. Odwiedzałem buddyjskie świątynie, muzea, parki, oglądałem występy miejscowych artystów. Szukałem także miejsc podobnych do takich, jakie zobaczyłem owego poranka w Szanghaju. Próbowałem dostrzec i zaobserwować ludzi z danego miasta, przechodniów na tamtejszych ulicach oraz środowisko ich codziennego życia. Mankamentem takich wycieczek jest jednak to, że zawsze brakuje czasu na tego typu obserwacje, bo wycieczki mają sztywny program, którego należy się trzymać.

    15 lutego po południu nasz statek odbił od nabrzeży Szanghaju i popłynęliśmy do Bangkoku.

    Bangkok

    W czasie rejsu znakomitą artystyczną oprawę zapewniali nam artyści Piwnicy Pod Baranami z Jackiem Wójcickim w roli głównej. 21.02.1990r zacumowaliśmy u nabrzeży Bangkoku. Rozpoczęło się zwiedzanie najważniejszych obiektów tego miasta: świątyni Wat Traimit ze złotym, ponad 5 tonowym posągiem Buddy, świątyni Wat Pho z leżącym Buddą wysokim na 15m i długim na 46m, Wielkiego Pałacu Królewskiego ze świątynią Szmaragdowego Buddy. Nigdy nie byłem zwolennikiem odwiedzania muzeów, zamków, jednak te miejsca wzbudziły mój zachwyt i przyprawiały o zdumienie.

    Po obejrzeniu największych atrakcji  w małej grupie ruszyliśmy do miasta w poszukiwaniu taniego noclegu, aby nie musieć wracać na statek. Zapakowaliśmy się do dwóch „tuk-tuków”, a jazda takim wehikułem była nie lada atrakcją. Wśród osób, które wyruszyły na miasto był też Jacek Wójcicki. Znany już wtedy artysta był bardzo miłym, uczynnym i sympatycznym kompanem podróży. Wynajęliśmy kilka pokoi płacąc ok. 2$ za osobę i wyruszyliśmy na spacer po ulicach Bangkoku. Niesłychany uliczny gwar, olbrzymi ruch w każdym zakątku miasta, hałas i spaliny tuk-tuków, zatłoczone autobusy, do których naprawdę trudno byłoby już wejść, ludzie uśmiechający się z każdej strony, zapraszający nas do swych sklepów. Obok tego wszystkiego kanały rzek ze stertami śmieci i ludźmi śpiącymi pod mostem, uliczni handlarze, którzy bezustannie starają się zareklamować swój towar przechodniom. Nagle na mojej szyi pojawił się olbrzymi pyton, którego zarzucił mi jakiś Tajlandczyk. Skóra tego węża jest bardzo delikatna i miła w dotyku. Był to pierwszy raz, gdy miałem okazję dotknąć żywego węża i muszę przyznać, że było to bardzo miłe uczucie.

    Następny dzień spędziliśmy przede wszystkim na zakupie towarów na handel. Odwiedziliśmy m.in. tzw. Bobby Bazar i kilka innych miejsc, gdzie hurtowo prowadzono sprzedaż odzieży. W wielu miejscach widzieliśmy napisy w naszym ojczystym języku jak chociażby „Polaku drogi wstąp w moje progi” i spotykaliśmy sprzedawców, którzy już całkiem nieźle mówili po polsku. Dzięki Irenie i Czesławowi, którzy wybrali się w ten rejs razem ze mną kupiłem rzeczy, które miały znaleźć swój popyt w Polsce. Ta podróż, na którą usilnie ich namawiałem okazała się dla tej pary strzałem w dziesiątkę. Wracali tam jeszcze wiele razy i w dość krótkim czasie po naszym wyjeździe powstała największa hurtownia odzieży w Polsce – „Giewont”. Niesłychany wręcz talent Ireny do handlu oraz znalezienie się we właściwym wtedy miejscu i czasie stały się kluczem tego sukcesu.

    Moja wielka paczka z towarem na handel została zapakowana i od tego czasu mogłem poświęcić się już tylko przyjemności związanej ze zwiedzaniem. Wieczorem całą grupą wzięliśmy udział w uroczystej kolacji w restauracji „Paradise”, gdzie oprócz różnorodnych potraw podziwialiśmy występy tajskich tancerek. Następnego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie, gdzieś przed czwartą rano, by w naszej małej grupie dostać się na klongi (kanały) Bangkoku, który nazywany był przez wiele lat Wenecją Wschodu. Czekały tu na mnie niesamowite widoki. Przemieszczaliśmy się po klongach obserwując sceny jakby z innego świata. Kanały nie były jedynie miejscem przemieszczania się łodzi przewożących towar. Było to swego rodzaju miasto w mieście. Drewniane domy na palach, jeden koło drugiego ciągnące się wzdłuż kanałów. Ludzie, którzy czerpali stąd wodę do mycia, gotowania, robiący tu pranie, nachylający się po to, by umyć twarz czy zęby lub też zanurzający się całkowicie by umyć swoje ciało. Pomosty ich domostw były miejscem przeznaczonym na gotowanie posiłków, handel, także odpoczynek. Prawie w każdym takim domu można było dostrzec kilkoro dzieci, nie zawsze ubranych oraz ich matki sprawujące pieczę nad całością . Jest przed siódmą rano, więc widać jak wielu ludzi dopiero zbiera się z domu, by dojechać (dopłynąć) do pracy czy szkoły. Tu nie ma chodników czy też ulicy, więc handel odbywa się na łodziach. Są to pływające stragany, na których można znaleźć dosłownie wszystko. Jest ich setki, a kanały ciągną się kilometrami. Czasami wzdłuż rzeki pojawiały się kopuły świątyń lub pałaców, które w niesłychany sposób kontrastowały z biedą mieszkańców klongów. Po kilkugodzinnej wycieczce zakończyliśmy zwiedzanie klongów i wróciliśmy do miasta.

    Chcemy zrobić ostatnie zakupy. Dotarliśmy w miejsce mniej dostępne dla osób chcących kupić towary na handel – kolejowe torowisko i jego obrzeża. Tu ku naszemu zdziwieniu w prymitywnych warunkach szyje się tysiące spodni i bluzek. Na obszarach między torami ludzie rozkładają i przewracają, dopiero co ufarbowane ubrania, aby mogły wyschnąć. Te z pozoru prymitywne warsztaty są jednocześnie domem dla wielu z tych ludzi. Nadszedł wieczór i wróciliśmy na statek. Czas w dalszą drogę.

    Singapur

    26 lutego o świcie dopływamy do Singapuru. W głośnikach statku leci piosenka Black`a „Wonderfulul life” i ktoś krzyczy – widać Singapur! Wybiegam na pokład i ten widok na zawsze zostanie w moich oczach. Olbrzymie wieżowce wynurzające się jakby wprost z oceanu. Niesamowity widok, który już zawsze będzie mi się kojarzył z piosenką Black`a. Zwiedzając miasto przeżywam swego rodzaju szok, bo po raz pierwszy przeniosłem się z tej jeszcze szarej, polskiej rzeczywistości do świata pełnego kolorów, estetyki oraz rozmachu nowoczesnej architektury. Miasto rozwija się w błyskawicznym tempie. Te blisko 100-kondygnacyjne wieżowce budowane są tutaj w rok czasu. Wspaniałe samochody, które mkną szerokimi, czystymi ulicami, wokół których pełno jest pięknej zieleni. Na chodnikach, w sklepach i instytucjach, wszędzie można spotkać dobrze ubranych ludzi. To miasto światowego biznesu. Od czasu do czasu trafiam jeszcze na stare, wąskie uliczki, które niewiele różnią się od tych napotkanych w Szanghaju czy Bangkoku. Jednak tutaj jest to już rzadkość.

    Zwiedzamy potężny ogród botaniczny. Różnorodność gatunków roślin z ich kolorami i kształtami zdecydowanie wzbudza mój zachwyt. Są tu rosnące od wieków drzewa, piękny zakątek wyłącznie z orchideami i małe jeziorka pełne ptactwa. Bardzo często to właśnie w tym miejscu Singapurczycy spędzają swój wolny czas. Po wizycie w ogrodzie botanicznym, wyjechaliśmy kolejką na wzgórze, skąd mogliśmy podziwiać panoramę na całe miasto, a następnie udaliśmy się na Sentozę – wyspę, która stanowi centrum wypoczynku dla mieszkańców Singapuru. Olbrzymia w tym miejscu ilość atrakcji dla zwiedzających powoduje, że każdy znajduje dla siebie jakieś zajęcie. Największe wrażenie wywarł na mnie wieczorny pokaz „tańczących fontann”. Wow! Przeróżne rytmy muzyki oraz rozświetlony światłami zmieniający się kształt wody, poruszający się w takt dźwięku. Niesamowite widowisko.

    Następny dzień rozpoczął się od przejażdżki metrem do Jurong Bird Park. Szokuje nas czystość panująca na stacjach i w wagonach metra. Często na ulicach czy wewnątrz komunikacji miejskiej widać tabliczki ostrzegające przed wyrzucaniem jakiegokolwiek papierka czy petów z papierosa. Grozi to karą 500$ singapurskich czyli ok. 250$ amerykańskich. Chociaż przez stacje przewijają się tłumy ludzi, najczęściej ubranych biznesowo, to w wagonach jest sporo miejsca – idealny komfort.

    „Ptasi ogród” jest położony na olbrzymiej powierzchni, na której poszczególne gatunki mają nawet kilka hektarów przestrzeni do własnej dyspozycji. Można tu zobaczyć setki gatunków z całego świata. Niektóre żyją tu prawie, jak na wolności, inne są prawdziwą turystyczną atrakcją jak np. wielkie gadające papugi czy gwarki.

    Popołudnie spędziliśmy na robieniu zakupów lub po prostu oglądaniu tego, co prezentują nam sklepowe witryny. Singapurskie Centrum Alberta można pewnie porównać do naszych dzisiejszych galerii handlowych jak Arkadia w Warszawie czy Bonarka w Krakowie. W dzisiejszych czasach już do tego przywykliśmy i stanowi to pewną normę. Jednak jeśli ktoś przypomni sobie początek lat 90.   w Polsce, to zrozumie, że przeżywałem wtedy istny szok. Te dwa dni spowodowały u mnie sporą znamię. Na pewno był to dla mnie mocny bodziec, który dał sporo do myślenia w dziedzinie własnej przedsiębiorczości.

    Następnego dnia byliśmy już z powrotem na morzu i mieliśmy okazję uczestniczyć w rejsowej atrakcji – tzw. chrzest na równiku. Oj, działo się, działo. Neptun i jego diabły dały nam mocno popalić. Malowanie farbą, obklejanie się piórami, golenie i strzyżenie, chłostanie, wrzucanie do wody oraz picie naprawdę paskudnych mikstur. Jednak, jakby na to nie spojrzeć, pewną przyjemnością jest możliwość przekroczenia po raz pierwszy równika na morzu.

    Dżakarta

    1 marca przybiliśmy do Dżakarty. Na nabrzeżu czekała nas niespodzianka. Powitały nas tańczące, ubrane w regionalne indonezyjskie stroje tancerki. Autokarami ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Pierwszą atrakcję stanowił olbrzymi skansen znajdujący się nieopodal stolicy, gdzie można było zobaczyć różne formy budownictwa, rzemiosła i tradycji z niemalże wszystkich regionów Indonezji. Mimo, że nie jestem fanem zwiedzania muzeów, to jednak całkowicie odmienne formy architektury i rzemiosła w tym miejscu bardzo mnie zaciekawiły.

    Po tej zorganizowanej części wycieczki, każdy z nas wyrusza na indywidualne zwiedzanie miasta. W małej grupce jedziemy lokalnym, zatłoczonym busem do Dżakarty. Podobnie jak w Bangkoku, tu również na ulicach panuje wielki gwar, widać wręcz pokłady śmieci, biedotę mieszkającą w byle jakich domkach lub pod mostem i wszystko to ma miejsce w centrum miasta. Widzimy także ludzi łowiących ryby w rzece, która bardziej przypomina ściek. Czasem przemieszczamy się lokalnym transportem – są to niewielkie, zatłoczone autobusiki. Od czasu do czasu słychać okrzyki, nazwijmy taką osobę konduktorem, który stara się jakoś upchać do środka jeszcze więcej przybywających wciąż pasażerów, a sam jedzie wisząc niemalże ostatnim schodku. Jak dla mnie było to świetnie przeżycie, bo lubię takie klimaty.

    Przyszedł czas na dalsze zwiedzanie. Najpierw odwiedziliśmy meczet Istiglal, największy taki obiekt  w Azji południowo-wschodniej., który może jednocześnie pomieścić 150.000 osób. Później zobaczyliśmy Pomnik Niepodległości – zaprojektowany przez polskiego architekta.

    Chwilę później wziąłem taksówkę i poprosiłem kierowcę, by zawiózł mnie w dzielnice, w których żyje uboga część społeczeństwa Dżakarty. Nie wiem skąd bierze się u mnie tego typu pragnienie, jednak jest ono zawsze bardzo mocne i nie mogę się pohamować. Taksówkarz wiezie mnie w nieznanym kierunku. W czasie tej przejażdżki widzę przy drodze skrajnie ubogie domostwa, na wysypiskach śmieci wychudłe psy i kozy szukają czegoś do jedzenia. Wśród tych stert śmieci przewija się wiele osób – dorosłych i dzieci. Dzieci po swojemu szukają możliwości do zabawy i rozrywki, a dorośli niezbyt przyjaźnie patrzą w moją stronę, czasem gestykulują, kiedy filmuję ich z okna samochodu. W końcu taksówkarz zatrzymuje się i pokazuje mi niewielki mur, przez który trzeba przejść, a w chwilę później odjeżdża. Czuję się trochę nieswojo, lecz mimo obaw przechodzę przez ten mur. Tuż za nim jest widok na morze, a na kilkuhektarowej powierzchni między jego brzegami, a murem osada biedaków starająca się przeżyć, najczęściej żywiąca się z tym, co uda im się złowić. Dziesiątki małych domków-szałasów o bambusowej konstrukcji, przykrytych resztami brezentów czy folii. Podłoga domostw znajduje się jakieś pół metra ponad piaskiem – widać, że kiedy jest przypływ konstrukcja jest częściowo zanurzona w morzu. Wysokość takiego domostwa nie przekracza z reguły mojego wzrostu. Kobiety w prymitywnych warunkach starają się przyrządzić to, co złowili mężczyźni: niewielkie ryby, małże. Kilku mężczyzn rozplata sieci. Można zauważyć także dziesiątki dzieci. Jedne samodzielnie próbują coś robić lub się w jakiś sposób się bawić, inne trzymane są na biodrach matek lub prowadzone za rękę przez kogoś dorosłego. Część z nich ma na sobie tylko górną część odzieży. Wchodzę do kilku pomieszczeń tych domów, nisko schylając głowę. Niesamowita wręcz ciasnota. Na kilku metrach kwadratowych jest wszystko – pokój będący jednocześnie kuchnią i sypialnią. Z sufitu zwisają ubrania i podręczne przedmioty. Nikt z mieszkańców nie zadaje żadnych pytań, nikt nie podchodzi natarczywie, a tylko niektórzy wstydliwie odwracają twarz. Są jednak też tacy, którzy śmiało spoglądają w oko kamery. Nie spotykam się z żadną agresją ze strony tych ludzi. Wszyscy zachowują się tak, jakby wśród nich nie było nikogo obcego. Dorośli spokojnie wykonują swoją pracę, a czasem któreś dziecko podchodzi bliżej z ciekawością patrząc na odmiennego człowieka. Jednak kiedy mój wzrok spotyka się kilkukrotnie ze smutnym spojrzeniem małego dziecka, nie mogę pohamować łez. Najgorsze, że nie mam przy sobie nic, co mógłbym im dać. Po mniej więcej 20 minutach odchodzę uśmiechając się i machając do nich ręką. Nie chcę, by wzięli mnie za natręta. Ten zdawałoby się krótki czas, spędzony wśród tych ludzi, był niezwykłym przeżyciem i bardzo trudno jest mi w dokładny oraz precyzyjny sposób nazwać uczucia, które towarzyszyły mi podczas wizyty w tej osadzie biedaków.

    Wróciłem do centrum stolicy. Piękny pałac prezydencki i centra handlowe niesamowicie kontrastują   z widoczną tuż obok skrajną biedą sporej części mieszkańców. Widzę jak ładnie ubrane dziewczynki, chodzące z pewnością do tej „lepszej” szkoły, mijają się z żebrzącą matką, która w ramionach tuli swoje dziecko. Spora grupa chłopców w szkolnych mundurkach macha do mnie rękami i radośnie krzyczy, widząc, że ich filmuję. Uliczni rzemieślnicy układają na stoisku dziesiątki oprawionych w ramki portretów prezydenta. Od czasu do czasu mijają mnie luksusowe auta, a tuż obok nich jadą autobusy obwieszone ludźmi. Po jednej stronie ulicy luksusowy, pięciogwiazdkowy hotel z przystanią dla jachtów i grający w golfa biznesmeni, a po drugiej skrajna nędza tamtejszych mieszkańców. Szokujące wręcz kontrasty, które można zaobserwować w bardzo łatwy sposób. Wystarczy tylko obrócić głowę i spojrzeć w dwie strony tej samej ulicy. Taka jest, a na pewno taka wtedy była w 1990r Dżakarta.

    Wróciłem na statek. Czekała na mnie wykwintna i specjalnie przygotowana kolacja. Jednak w ten wieczór miała ona dla mnie dziwny smak.

    Manila

    7 marca przybiliśmy do portu w Manili, gdzie podobnie jak Dżakarcie czekało nas muzyczne powitanie. Ze względów bezpieczeństwa na zwiedzanie udajemy się w eskorcie w zorganizowanych grupach. Odwiedziliśmy Fort Santiago z XVI w., w którym kiedyś znajdowało się więzienie. Cele więzienne rozmieszczone były tak, że w chwili przypływu zalewała je woda i właśnie w ten sposób wykonywane były egzekucje. Drugim zwiedzanym przez nas obiektem był olbrzymi cmentarz amerykańskich żołnierzy poległych tu w czasie II Wojny Światowej. Na tablicach, na których wyryte zostały nazwiska poległych można było znaleźć sporo polskich nazwisk. Kolejną atrakcją wycieczki był kościół na peryferiach Manili, w którym znajdują się jedyne na świecie bambusowe organy. Z tego samego materiału, co wspomniany instrument, wykonany jest również wystrój i sufit kościoła. Następnie udaliśmy się do fabryki Jeepney`ów. Jest to najpopularniejszy na Filipinach środek transportu i w całym kraju można dostrzec olbrzymią ilość tego typu pojazdów. Jest to rodzaj samochoduterenowego z wieloma dekoracjami i jaskrawymi kolorami. Technologia produkcji nie jest zautomatyzowana, przez co każdy wehikuł ma swój indywidualny, niepowtarzalny wygląd. Jeepneye powstały z przerobionych amerykańskich terenówek wojskowych, pozostawionych na Filipinach po II wojnieświatowej. Te fantazyjne pojazdy są w pewnym sensie wizytówką Manili. Po wizycie w fabryce pojechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów za miasto, aby zobaczyć, ponoć, najmniejszy wulkan na świecie. Po drodze zaliczyliśmy kilka postojów, aby mieć możliwość obejrzenia plantacji bananów, ananasów oraz kawy. Dojechaliśmy do jeziora, gdzie znajduje się wulkan. Nad jego brzegami swoją rezydencję miał kiedyś ostatni dyktator Filipin – generał Marcos. Na tarasie widokowym, z którego podziwiamy roztaczający się widok na jezioro oraz wulkan, znajduje się także restauracja. Oprócz normalnego posiłku filipiński kierowca naszego autobusu dał nam pokaz tego, jak konsumuje jeden z ulubionych filipińskich przysmaków – dwutygodniowy kaczy embrion. Delikatnie rozbija skorupkę jajka i naszym oczom ukazuje się wyraźnie już rozwinięte małe kaczątko w galaretowatej cieczy. Przykłada skorupkę do ust i wypija całość z wyraźnym upodobaniem. Wiele osób odwraca głowę, bo nie przywykliśmy do widoku takich potraw. Skusiłem się na podobną degustację owego filipińskiego przysmaku, jednak musiałem zamknąć przy tym oczy. Dokładnie nie pamiętam już smaku, jednak po tym „wyczynie” obecne przy nim polskie turystki nie za bardzo chciały się potem  do mnie się zbliżać.

    Na drugi dzień w kilka osób wybraliśmy się na zwiedzanie jednej z osobliwości Manili – cmentarza, na którym znajdują się niewiarygodne wręcz grobowce bogatych Chińczyków. Często są one wielkości normalnego domu i składają się z kuchni, pokoju, toalety, telewizora, klimatyzacji i skrzynki na listy. Ich wygląd i wyposażenie mówi o bogactwie rodziny. Można spotkać grobowce wykonane z włoskiego marmuru i zdobione szczerym złotem. W takim miejscu zbiera się często rodzina i znajomi zmarłej osoby, by móc się wspólnie spotkać i oddać wspomnieniom. Znajdują się tu zarówno grobowce chrześcijan jak i buddystów czy wyznawców Islamu. Niektóre z nich to wręcz dzieła sztuki. Przewodnik jako ciekawostkę opowiedział nam, że jeden ze zmarłych, którego nagrobek mogliśmy zobaczyć, zostawił dwie żony. Obie co tydzień przychodzą do grobowca, siadają po przeciwnych stronach i nie zamieniają ze sobą ani słowa. Ten rytuał trwa już kilka lat. Jeśli zmarły był smakoszem piwa, to znajomi przynoszą mu butelki tego trunku, jeśli natomiast lubił popijać Coca-Colę, to przy jego grobie można zobaczyć wiele pełnych butelek tego napoju. Osoby, które nie mają klucza do grobowca wrzucają do skrzynek na listy swoje prośby do zmarłego. Jeden z najstarszych grobowców liczy ponad 200 lat. Pochowana jest tu kobieta, która podobno bardzo wolno chodziła, ponieważ miała zniekształcone stopy, stąd wygląd grobowca przypomina kształt żółwia. Każdej nocy grobowiec pilnowany jest przez strażników, bo chodzą wieści, że w środku ukryte są dwie szkatułki      z kosztownościami. Jest tu także grobowiec znanego producenta filmowego i co tydzień gromadzi się przed nim spora grupka gwiazd filmowych, które wspominają swojego „guru”. Jeden z pozostawionych tu obiektów ma kształt opery w Sydney. Najdroższe grobowce warte są ok 15mln filipińskich peso.

    Zgodnie z chińską tradycją dzieci nie są członkami rodziny i nie mogą być pochowane z rodzicami, dlatego mają oddzielne, małe betonowe krypty. Obok nich znajduje się miejsce, w którym pali się wszystkie rzeczy dziecka: ubranka, buciki, zabawki. Chińczycy wierzą, że dzięki temu dzieci będą mogły używać tych przedmiotów w zaświatach. Wszystkich tych informacji udziela nam filipiński przewodnik, który szczęśliwie zaczepił nas na cmentarzu i to właśnie od niego dowiedzieliśmy się o tych ciekawych historiach. Pokazał nam również grobowce biedniejszej części społeczeństwa. Betonowe sarkofagi, które, jak pokazuje Filipińczyk, można łatwo otworzyć. Odchylając płytę prezentuje nam  wnętrze jednego z nich, w którym widać pochowanego, buddyjskiego mnicha leżącego wprost na ziemi w tym sarkofagu. Jest tu także budynek, w którym leżą skremowane ludzkie zwłoki, których jest tu ponad 10.000. Teren cmentarza liczy ponad 80 hektarów i otoczony jest dzielnicami biedy. Dowiedzieliśmy się także, że nie jest to bezpieczne miejsce dla ludzi białej rasy.

    Z cmentarza udaliśmy się do centrum handlowego. Próbuję filmować i za chwilę zwija mnie filipińska ochrona obiektu grożąc, że jeśli jeszcze raz będę chciał coś tu nakręcić, to zabiorą mi kamerę. Już w tamtych czasach zamachy bombowe były w  Filipinach częstym zjawiskiem. W markecie, w którym jesteśmy miesiąc wcześniej eksplodowała bomba. Agenci ochrony stoją praktycznie na każdym rogu stoisk i przy każdych drzwiach, łącznie z toaletą. Oprócz umundurowanych agentów pełno jest też służb ubranych po cywilnemu.

    Manila, podobnie jak Dżakarta była wtedy miastem pełnym kontrastów. Biedę można tu było dostrzec za rogiem każdej ulicy. Nawet przy głównych ulicach widziałem wielu śpiących na kartonach czy wprost na trawie biedaków. Slumsy Manili porównywane są do tych w Kalkucie – określanych jako największe i najbardziej przerażające na świecie. W przeciwieństwie do Dżakarty, w tym mieście nie miałam ochoty na podjęcie ryzyka, by móc zobaczyć takie miejsca, zwłaszcza, że będąc w ciągu dnia w centrum miasta widziałem agresję w oczach tubylców skierowaną w naszą stronę. Wróciliśmy na statek i ruszyliśmy do ostatniego miasta naszego rejsu – Nagasaki.

    Powrót na statek był bardzo miły, szczególnie dla Pań, bo przypadł akurat na 8 marca i kapitan statku zadbał o odpowiednią oprawę tego święta.

    Nagasaki

    W drodze do Nagasaki złapał nas sztorm. Oj, nieźle bujało. Większość pasażerów prawie nie wychodziła z kajut, a ja byłem szczęśliwy, że jakimś cudem ominęła mnie „choroba morska” i nieźle się bawiłem zataczając po statku. W końcu wpłynęliśmy do portu w Nagasaki z kilkugodzinnym opóźnieniem, dlatego czas naszego pobytu w tym mieście musiał ulec skróceniu. Mieliśmy zaledwie kilka godzin na zwiedzenie najważniejszych miejsc.

    Tuż pod statkiem czekała na nas lokalna telewizja. Widocznie tak duża wycieczka była swego rodzaju atrakcją dla mediów. Wystarczyło odejść kilkaset metrów od statku i już znalazłem ciekawe dla mnie widoki. Zobaczyłem kilka grupek kilkunastoletnich dziewcząt idących grzecznie w parach, wszystkie ubrane były w jednakowe szkolne mundurki. Za chwilę ujrzałem małe grupy robotników, którzy z precyzją i pedantyzmem, godnym stomatologa wygładzającego plombę, układali elementy chodnika. Nawet nie podnieśli głowy, gdy ich filmowałem. Praca jest tu świętością, a majster to w pewnym sensie guru. Na stacji benzynowej jeden z jej pracowników tankuje pojazd i myje szyby samochodu. Jakże to było odmienne od tego, co działo się w naszym kraju 20 lat temu. Po czystych ulicach jeżdżą luksusowe jak na ówczesne polskie warunki samochody, a co kilkaset metrów można znaleźć salony gier z automatami, gdzie przez szybę widać wielu ludzi szukających tu rozrywki lub liczących na zdobycie fortuny. W jednej z kamienic widzimy zakład fryzjerski dla… psów. Przez szybę obserwujemy, jak pracująca tam kobieta pielęgnuje sierść czyjegoś pupila. Czasem mijamy posesje domów, gdzie nawet obszar kilku metrów kwadratowych przed wejściem jest pedantycznie wypielęgnowany, a misternie posadzone rośliny wyglądają jak duże bonsai.

    Po ok. pół godzinnym spacerze doszliśmy do Parku Pokoju. Powstał on wokół miejsca, gdzie w czasie wojny eksplodowała bomba atomowa. W parku jest wielki posąg z brązu i muzeum upamiętniające   to okrutne wydarzenie. Jest tu także ruina zniszczonego wtedy budynku, który jeszcze dobitniej przypomina tę narodową tragedię. Nawet w tym pośpiechu, jaki towarzyszył nam tego dnia, przez nasze głowy przewijają się ponure myśli i dość smutne refleksje. Po alejkach parku przechadzają się grupy zwiedzających Japończyków. Dla wielu z nich stanowiliśmy egzotyczną atrakcję, a niektórzy z nich podchodzili, by zrobić sobie z nami pamiątkowe zdjęcie. Następnie udaliśmy się do katolickiej katedry. Był w niej nasz papież Jan Paweł II, podczas pielgrzymki do Japonii. Kolejnym miejscem naszego zwiedzania był pomnik upamiętniający ukrzyżowanie w XVI wieku 26 katolików z nakazu ówczesnego sioguna. Kilkaset metrów dalej odwiedzamy jedną z wielu buddyjskich świątyń Nagasaki. Z tarasu widokowego świątyni można podziwiać panoramę części tego pięknego miasta. Idziemy dalej wąskimi, jednak bardzo zadbanymi uliczkami starego centrum, których widok daje dużo radości naszym oczom. Zatrzymujemy się na chwilę przy starym, kamiennym moście okularowym z XVII w. Przed jedną z posesji pani ubrana w strój gejszy polewa wodą płytki schodów. Tak egzotyczny widok ubranej w ten sposób kobiety przykuwa naszą uwagę. Na spacerze ulicami miasta spędziliśmy jeszcze około godziny i niestety musieliśmy wrócić na statek, gdzie czekało nas jeszcze oficjalne powitanie przedstawicieli władz miasta. Oprawą dla tej miłej części powitalnej z okazji naszego pobytu w Nagasaki jest obecność Miss Nagasaki, japońskiej rodziny ubranej w tradycyjne stroje oraz występ artystów prezentujących regionalne tańce. Uroczystość powitania, a właściwie pożegnania dobiega końca i zmierzamy już do Nachodki. Przedostatnią noc rejsu spędzamy na parkietach dyskoteki Pana Jurka, a część  piętro niżej przy klasycznej muzyce, rodem z polskich dancingów, i tym sposobem nasz wspaniały rejs powoli dobiega końca. Na drugi dzień przepływaliśmy tuż obok wielu amerykańskich okrętów i obserwowaliśmy latające na niebie samoloty, które akurat w tym miejscu przeprowadzały swoje wojskowe manewry. Ostatni, pożegnalny wieczór na statku upłynął nam na podziwianiu występów radzieckich artystów, którzy byli częścią personelu, usłyszeliśmy także oficjalne podziękowania kapitana za wspólnie spędzony czas. Tymczasem nadszedł czas pakowania swoich walizek i następnego dnia – 14 marca – cumujemy u nabrzeży Nachodki. Witają nas opady śniegu oraz chłód. Bardzo trudno było się do tego przyzwyczaić po tych kilku tygodniach spędzonych w pełni słońca. Na nabrzeżu nie ma już witających nas tańczących artystów. Są przyglądający się nam bacznie i pilnujący nas żołnierze, którzy przechadzają się wzdłuż burty. To już inny świat… Przypominający bardzo to, co działo się u nas w 1980 roku. Z Nachodki, po oblodzonej drodze, wśród śnieżnej zawiei pojechaliśmy autobusami do Władywostoku, a fakt, że udało się nam tam dotrzeć był prawie cudem, bo pół godziny później droga została całkowicie zatarasowana. Lotnisko we Władywostoku przypomniało nam bardzo Chabarowsk. Lecieliśmy drugim samolotem i na jego wylot musieliśmy poczekać do samego rana. Na lotnisku widzieliśmy tłumy ludzi czekających na swoje połączenia. Cały ten obraz kojarzył się raczej z koczowiskiem dzikich plemion niż z portem lotniczym. Jackowi Wójcickiemu, mimo tych wszystkich niedogodności dopisywał humor i w tych niezbyt komfortowych warunkach, co chwilę dawał upust swoim artystycznym umiejętnościom, śpiewając pełnym głosem różne piosenki. Kiedy zaśpiewał „Dawne życie poszło w dal” poruszył tym całą naszą grupę i wszyscy chórem wykonaliśmy ten utwór razem z nim. Sądzę, że to dzięki niemu ta noc nie dłużyła się nam aż tak niemiłosiernie. Wystartowaliśmy 15 marca o 8.30, a o 12 naszego czasu wylądowaliśmy szczęśliwie na Okęciu.

    Zakończyła się moja podróż życia. Kiedy piszę ten tekst jest lipiec 2012 roku. Od czasu tego rejsu miałem okazję być w wielu krajach i pięknych miejscach naszej planety. Zakładam, że dopiero teraz rozpoczyna się etap moich dalekich i wspaniałych podróży. Jednak myślę, że trudno będzie przebić tę podróż z 1990r, nawet jeśli zobaczę rzeczy lub miejsca o jakich mi się nigdy nie śniło. Dlaczego? Cóż, to właśnie wtedy kończyła się pewna epoka naszej polskiej szarej rzeczywistości. Dla tak dość młodego człowieka, jakim wtedy byłem, który nie miał wcześniej okazji poznania innych kultur, możliwości tego, by poczuć wolność płynącą z zachodniego systemu myślenia i funkcjonowania, dla którego siedmioletni Fiat 125p był świetnym samochodem, zobaczenie tylu miejsc naraz, a także różnych warunków, w jakich żyją inni ludzie – od totalnej biedy w Dżakarcie czy Manili do bogactwa i rozmachu Singapuru, wszystko to było olbrzymią i niepowtarzalną dawką emocji. Sądzę, że właśnie te emocje pobudziły mnie do wielu następnych podróży i działań. Podpaliły mój i tak tlący się już wyraźnie lont, by dokonywać zmian w swoim życiu. Późniejsze wybory i ich skutki nie zawsze były trafne, jednak z perspektywy czasu traktuję to wszystko wyłącznie jako pewną lekcję mądrości daną mi od życia.

    Gdy dziś przerzucam zdjęcia lub oglądam siebie na filmach z tych czasów myślę: O Boże! Jak ja się wtedy ubierałem! No i te wąsy! No nie! Jakiś totalny koszmar! Jednak te ponad dwadzieścia lat temu wcale nie czułem się z tym źle. Nie odróżniałem się od innych kompanów podróży, zarówno tych bliskich, jak i dalekich. Byt kształtuje świadomość, a podróże po świecie przyspieszają i pogłębiają własny rozwój oraz dokonują w nas pewnej przemiany.

  • Rejs po Morzu Egejskim 1990r

    Istambuł-Ateny-Mykonos-Troja

    Rejs po Dalekim Wschodzie dał mi jeszcze jedno – za film, który sprzedałem uczestnikom wycieczki zarobiłem 1500$. Wspomniana już ułańska fantazja i możliwość uczestnictwa w owej podróży nie tylko spełniła moje marzenie, ale przyniosła także niezły dochód. Od razu wpadłem na genialny pomysł, że teraz będę podróżował po świecie i jednocześnie zarabiał pieniądze filmując. Tę myśl  przeobraziłem w czyn i 12.11.1990r wyruszyłem w rejs po Morzu Egejskim. Tym razem przygotowałem się już do tego przedsięwzięcia w nieco bardziej marketingowy sposób. Wziąłem ze sobą ulotki reklamujące moją usługę, wizytówki oraz dyktafon, aby nagrywać na bieżąco informacje z odwiedzanych miejsc. 12 listopada po południu wylecieliśmy z Krakowa do Warny i wieczorem zakwaterowaliśmy się na pasażerskim promie „Dymitr Szostakowicz”. Ok. 20.00 odbiliśmy od brzegu i obraliśmy kurs na Istambuł. Po przywitaniu się z załogą zapytałem organizatora wycieczki o możliwość zareklamowania mojej usługi i… dostałem absolutny zakaz. No i czapa. Mój pomysł na biznes skończył się zanim jeszcze na dobre się rozpoczął. W czasie tego rejsu byłem więc zwykłym turystą, bez żadnych zobowiązań i znów mogłem podziwiać piękny kawałek naszej Ziemi.

    Następnego dnia wstałem przed wschodem słońca, by zobaczyć to jakże piękne dla mnie zjawisko natury. Było nieco mgliście, gdy wpływaliśmy w cieśninę Bosforu, jednak jeżeli człowiek ma w sobie trochę wrażliwości, zawsze może dostrzec coś pięknego w oglądanym widoku. Istambuł, a w starożytności Bizancjum,  przemianowany później na Konstantynopol, w oczach przeciętnego Europejczyka uchodzi za symbol Wschodu, zarówno w sensie geograficznym jak i historycznym. Trudno oczekiwać, że w ciągu dwóch dni będzie nam dana możliwość całkowitego poznania oraz zrozumienia prawdziwego oblicza i atmosfery tego miasta. Dwa lata wcześniej byłem tu kilkukrotnie w celach handlowych i choć nie miałem wtedy praktycznie w ogóle czasu na jego zwiedzanie, to klimat panujący w tym mieście działał na mnie jak magnes. Teraz nareszcie mogę delektować się tym, co zobaczę jako rasowy turysta. Każdy ma swoje subiektywne odczucia oraz indywidualne upodobania i chce znaleźć w tym mieście coś innego. Istambuł jest usytuowany po obu stronach cieśniny i leży nad zatoką zwaną Złotym Rogiem. Płyniemy wolno przez Bosfor i mimo lekkiej mgły napawam się widokami tego magicznego miasta. Co chwilę pojawiają się budowle przypominające tę wielowiekową historię miasta. Przez chwilę czułem się niczym lord Byron, który opisywał piękne widoki podróżując do Istambułu prawdopodobnie tą samą trasą na początku XIX w. Być może w jego czasach widok miał w sobie więcej romantyzmu dzięki wpływającym do miasta żaglowcom, jednak mimo tego, że dziś zamieniły się one na statki i łodzie motorowe, widoki są dla mnie niepowtarzalne. Europejską i azjatycką część miasta łączą ze sobą dwa potężne mosty. Właśnie przepływamy pod jednym z nich. Nie tyle architektura, co właśnie wielkość owych konstrukcji budzi podziw osób je oglądających.

    Dopłynęliśmy do przystani. Pierwszy dzień był dniem wolnym i każdy mógł wybrać się na poszukiwanie tego, po co tu przybył – egzotyki lub tanich ciuchów. Mnie, jak zwykle pasjonuje życie zwykłej ulicy. Wyruszyłem więc w miasto. Fascynujące!!! Na portowym nabrzeżu wielu mężczyzn łowi ryby za pomocą wędki, a tuż obok nich znajdują się stragany rybaków, którzy usiłują sprzedać to, co złowili w nocy. Każdy z nich zachwala swój towar najlepiej jak potrafi, głośno nawołując. Ryby można tu kupić o każdej porze, zarówno w dzień jak i w nocy. Życie w tym mieście nie jest łatwe i już od dziecka wszyscy przyzwyczajeni są do konieczności zarabiania na własne utrzymanie. Żaden zawód nie jest hańbą, byle tylko przynosił zysk. Idę przez most Galata. Zatrzymuję się na chwilę i obserwuję ulicznego akwizytora, który prezentuje małe urządzenie do wyciskania soku z cytryny. Wymowne gesty, tonacja głosu, próba indywidualnego podejście do poszczególnych ludzi stojących wokół niego. Doskonały sprzedawca. U nas mógłby być trenerem i wykładowcą sztuki umiejętnej sprzedaży. Tutaj taki „trener” pracuje co 100-200 metrów. Wydaje się, że ci ludzie mają takie umiejętności zapisane w genach. Kolorytu tej scenie dodaje widok kopuły i wież minaretów meczetu Yeni Cami. Nie mogę nacieszyć oczu i uszu, tym co widzę i słyszę. Aż trudno mi stamtąd odejść. Na ulicach kierowcy dokonują istnych cudów, jeśli chodzi o zręczność i refleks, by wyminąć jadące lub stojące wózki oraz inne samochody. Klakson aut słychać tu prawie cały czas, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Każdy przechodzi przez ulice gdzie chce, a kierowcy nie przywiązują większej uwagi do zmieniających się świateł. Chodniki zapełnione są tłumem ludzi. Sprzedawcy gazet głośno pokrzykują, inni roznoszą herbatę, a jeszcze inni sprzedają prażoną kukurydzę czy obwarzanki. Dwóch Turków prowadzi na smyczach dwa spore niedźwiedzie. Kieruję na nich swoją kamerę, a oni natychmiast zatrzymują się i niedźwiedzie stają na dwóch łapach. Kończę kręcenie kadru i… wypada wyjąć coś z portfela. To ich praca, a ja ją szanuję. Nawet wiekowo wyglądający starzec siedzący na schodach, który widzi, że go filmuję wymownie wyciąga dłoń ruszając palcami, aby mu zapłacić za występ J Dochodzę do placu przy meczecie Yeni Cami. Kilku pucybutów rozłożyło tu swój warsztat w postaci stołeczka i małej drewnianej skrzynki, w której trzymają swoje akcesoria. Nie brakuje osób, które chcą skorzystać z ich usługi – co chwilę ktoś podchodzi, by wyczyścić swoje obuwie. Kilkanaście metrów dalej sędziwy staruszek siedzi na schodach prowadzących do meczetu i karmi gołębie. Jest ich tysiące! Niektóre latają tuż nad nim, przysiadają na ramionach, dłoniach i tłoczą się wokół rzucanej przez niego kukurydzy. Można u niego kupić pokarm dla ptaków i samemu oddać się przyjemności ich karmienia. Dla tego człowieka, który prawdopodobnie nie może nawet chodzić, jest to sposób na zarobienie pieniędzy.

    Wszystko tu jest biznesem. Tu każdy robi cokolwiek, by tylko przetrwać i zarobić. Plac wypełniony jest akwizytorami, sprzedającymi inne towary. Fascynuje mnie niesłychany koloryt, wręcz  magia tego miejsca. Kiedy myślę o Istambule, to właśnie taki obraz mam zawsze w swoich oczach. Wieki historii widoczne we wspaniałej architekturze tego miasta i jedno z najbardziej żywotnych społeczeństw, jakie mam okazję obserwować – ludzi mieszkających i pracujących tu na co dzień. Są to przede wszystkim Turcy, jednak Istambuł zamieszkuje też wielu ludzi innej narodowości – Kurdowie, Arabowie, Żydzi, Europejczycy. Każdy plac, każda ulica czy kawałek chodnika, jest dobrym miejscem do tego, by rozłożyć swój bazar i sprzedać, co się da. Niesamowite! Idę dalej wąskimi, barwnymi, uliczkami starej części miasta. Co krok mijam małe restauracyjki i kebaby. Zapach pieczonej baraniny rozchodzi się po całej ulicy. Co jakiś czas spotykam także ludzi pchających wózek z herbatą. I naprawdę, w żadnym innym kraju ten napar nie smakuje tak dobrze jak tu. Mocny, aromatyczny zapach i ten niezapomniany smak… Przy ulicy co krok rozstawione są warsztaty szewców, rymarzy, blacharzy. Na swoich własnych barkach tragarze dźwigają nieprawdopodobne dla ludzkich mięśni ciężary. Cała ta społeczność jest niczym idealny mechanizm, każdy odgrywa tu swoją rolę, niezbędną dla utrzymania harmonii pracy oraz ludzkiej egzystencji. To właśnie egzotyka Istambułu. O takich widokach zawsze marzyłem i teraz mam okazję, by je obserwować. Staram się niczego nie przeoczyć i objąć zmysłami tak wiele, jak to tylko możliwe. Wkroczyłem na szerszą ulicą, właściwie swego rodzaju deptak i jak okiem sięgnąć widzę tłum ludzi różnych narodowości, przemieszczających się w jedną i drugą stronę. Nie jest to ruch spokojnie spacerujących przechodniów. Wszystko to wygląda jak wielka kolonia mrówek, która w pośpiechu szuka pożywienia lub wypełnia określone misje. Z każdej strony jest tu sklep przy sklepie i można w nich kupić dosłownie wszystko. Wystarczy tylko na kilka sekund przystanąć przy którymś z nich i natychmiast pojawia się sprzedawca, który szybko stara się rozszyfrować z jakiego kraju jest jego potencjalny kupiec, próbując nawiązać konwersację w języku danego narodu! Nie ważne czy jesteś Polakiem, Włochem, Niemcem, Rosjaninem czy Amerykaninem. Tureccy sprzedawcy to prawie poligloci, lecz tego właśnie wymaga tu ten zawód. Zmierzam do miejsca gdzie jeszcze rok temu sam handlowałem na jednej z tutejszych ulic, gdzie nawet policjanci byli wtedy klientami, z którymi się targowałem. Dochodzę do największego wtedy skupiska ulicznego handlu – placu przed Meczetem Beyazit i Uniwersytetu. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem to miejsce prawie całkowicie opustoszałe. Okazało się, że na początku 1990r władze miasta zakazały tu takiej formy handlu i w tej chwili cywilni funkcjonariusze policji skutecznie rozpędzają nielicznych już amatorów handlu. Powracam, więc do spaceru w wąskich uliczkach Istambułu. Znów otacza mnie gwar ludzi, małe warsztaty, sklepiki, bary, tragarze, którzy mkną szybko ze spuszczoną ze zmęczenia głową, roznosiciele herbaty, a czasem grupka mężczyzn, która prawie na środku ulicy na rozłożonym stoliku gra w grę przypominającą szachy. Dochodzę do bazaru Kapali Carsi – tzw. Kryty Bazar. To labirynt wąskich uliczek z kramami, sklepami nastawionymi przede wszystkim na sprzedaż pamiątek dla turystów. Złoto, srebro, dywany, wyroby skórzane, porcelana, ubrania, torby, walizki, buty i tysiące innych artykułów, które niejednokrotnie budzą zachwyt przeciętnego turysty. Wystarczy mały błysk zaciekawienia w oku i jeśli człowiek sam nie jest dobrym handlarzem lub nie orientuje się dokładnie w cenie towaru, to na pewno słono przepłaci. Zejść o 30% z pierwszej oferowanej przez sprzedawcę ceny, to nie jest najwyższa szkoła jazdy. Nawet jeśli uważamy, że zrobiliśmy interes życia, bo udało nam się stargować cenę o 50%, to na drugi dzień możemy parę ulic dalej zobaczyć taki sam towar jeszcze taniej, zwłaszcza w innym, mniejszym tureckim mieście. Ci ludzie są mistrzami targowania i należy o tym pamiętać, gdy wybieramy się na zakupy w takie miejsca. Dzięki Turkom sam nauczyłem się wielu tych umiejętności. Przydaje mi się to wielokrotnie nie tylko w prowadzonym biznesie, ale także w czasie normalnych zakupów w polskich sklepach czy podczas rezerwacji hotelu.

    Wychodzę z bazaru i znów wracam na ulice miasta. W 1990r można było poczuć się tu, jak u siebie w domu. Witryny wielu sklepów opatrzone były polskimi napisami: „Kopernik”, „Moda – Ewa Sobieski”, „Polonez” „Wałęsa Lider Centrum”, „Boniek”, „Mickiewicz”, ”Gdańsk”,„Warszawa”, „Moda Polonia”, itd., itd. Wszedłem na chwilę do jednego z takich sklepów-hurtowni. Ależ swojsko. Oprócz mnie kilkunastu kupujących tu coś Polaków, obsługa doskonale mówiąca w naszym języku i patrząc na wielkie, wypełnione towarami torby i worki, dochodzi tu do naprawdę sporych transakcji. Niektórym mogę tylko życzyć „ślepych celników” J. Był to jednak czas, kiedy popyt na tureckie wyroby bardzo się obniżył. Jeszcze rok, czy dwa wcześniej, kiedy tu byłem, w okolicach Uniwersytetu trudno było znaleźć miejsce do zaparkowania samochodu i widać było prawie wyłącznie polskie rejestracje aut. Rok 1990 stał pod znakiem olbrzymiego rozkwitu polskiego handlu z Tajlandią czy Chinami. Ci, którzy trudnili się tym zawodowo wybierali właśnie tamte rejony świata w celach zarobkowych. Przy ulicznych straganach częstymi gośćmi są teraz Rosjanie, bo widać mnóstwo typowych rosyjskich pamiątek i często słychać na ulicy ich język. Pomyślałem, że pewnie niedługo zamiast polskich nazw sklepów pojawią się „Gorbaczow”, „Moskwa” czy „Natasza”. Turcy szybko dopasowują się do koniunktury handlu i w tej dziedzinie na pewno sobie poradzą. Co chwilę słyszę na ulicy nasz język i czasem widzę targujących się Polaków. Ależ czuję się dziś komfortowo – jestem po prostu turystą! Turystą w mieście, które mnie zachwyca swoim kolorytem i egzotyką.

    Nadchodzi wieczór. Na ulicach jest coraz mniej osób, zamykane są sklepy, ale handel uliczny i małe bazary funkcjonują tu przez całą noc. Mali pucybuci pomału zwijają swoje warsztaty, a ja zmierzam powoli w stronę statku. Na tle nieco zamglonego i szarzejącego nieba podziwiam widok Meczetu Sulejmana i w wieczornej ciszy wsłuchuję się w śpiew muezina. Cudowny, niezapomniany dzień.

    Wieczór spędzony na statku również okazał się bardzo miły. Specjalnie dla nas zorganizowano 2 godzinny rejs jachtem po Bosforze z degustacją świetnych potraw, wina i innych trunków. Przejażdżkę umilały występy artystów, którzy prezentowali regionalne tańce, a później pojawiła się grupa tancerek z wdziękiem prezentując nam taniec brzucha. Natomiast, gdy wyszło się na pokład można było co chwilę podziwiać pięknie oświetlone zabytki Istambułu oraz wspaniale prezentujący się o tej porze most nad Bosforem.

    Następny dzień był praktycznie w całości wypełniony programem zwiedzania. Zaczęliśmy od przejazdu na azjatycką stronę Istambułu przez jeden z potężnych mostów. Tuż nad brzegiem Bosforu jest wzgórze, skąd można podziwiać piękną panoramę europejskiej części miasta. Jest to miejsce wypoczynku i rekreacji dla wielu mieszkańców Istambułu. Można tu także znaleźć kilka dobrych restauracji, dużo zieleni i generalnie jest to miejsce, w którym zapomina się o miejskim gwarze. Po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy w dalszą drogę.

    Nie będę się tu zbytnio rozpisywał o wszystkich pięknych zabytkach i budowlach, bo wszelkie informacje o tych wspaniałych miejscach można znaleźć w większości przewodników, a w dzisiejszych czasach wystarczy „wujek Google” i mamy to, czego szukamy. Ponadto nie jestem wielkim fanem muzeów, zamków, galerii, więc moje relacje z tego typu miejsc będą dość krótkie.

    Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Błękitnego Meczetu nazwanego tak od niebieskich, fajansowych wykładzin zdobiących jego wnętrze. Podobnie jak modlący się tu muzułmanie weszliśmy do środka bez obuwia. Nie spotykaliśmy wtedy zbyt wielu wyznawców Koranu, ponieważ to piątek jest tu dniem świątecznym i właśnie wtedy meczet wypełniony jest modlącymi się ludźmi. Muzułmanie stanowią 98% społeczności Turcji, a dniem wolnym od pracy jest tu niedziela. Olbrzymia powierzchnia pod główną kopułą meczetu wyścielona miękkimi dywanami robi spore wrażenie. Cisza oraz majestat tego miejsca powoduje, że jeśli ktoś wierzy w Boga to i tak ma ochotę na pogrążenie się w swojej własnej modlitwie bez względu na to, jakiego jest wyznania.

    W pobliżu Błękitnego Meczetu wznosi się najsławniejsza budowla Istambułu – Hagia Sophia czyli dawny kościół Mądrości Bożej. Po przekształceniu jej w meczet Turcy dobudowali minarety i zmienili wiele szczegółów. Mimo to, jeśli ktoś jest chrześcijaninem, to pobyt we wnętrzu tej świątyni nie tylko może budzić jego turystyczną ciekawość, ale także doprowadzić do wielu refleksji.

    Następnym odwiedzonym przez nas obiektem był kompleks zabudowań Pałacu Sułtańskiego – Topkapi Sarayi. Jest to jedno z najciekawszych na świecie muzeów historii i kultury Wschodu.

    Po zwiedzeniu muzeum wróciliśmy na statek. Akurat w tym dniu w Istambule było wielkie święto fanów piłki nożnej, mecz Turcja- Polska! Oczywiście nie miałem biletu na to wydarzenie, bo i skąd, ale pod stadionem trzymając wysoko swoją kamerę wciskam kit, że jestem z telewizji polskiej i… udaje się! Wchodzę na mecz! Tysiące tureckich kibiców bezskutecznie szturmowało stadionowe bramy, a mnie się udało. Mam naprawdę dobre miejsce, skąd filmuję mecz naszej reprezentacji. Kiedy Polakom udaje się strzelić gola boję się w zbyt entuzjastyczny sposób okazać przeżywaną radość, bo siedzę tuż pod sektorem klubu kibica tureckiej reprezentacji, a prezentowane przez nich emocje są zupełnie odmienne od moich. Za chwilę na murawę lecą petardy i świece dymne. Mała stadionowa zadyma. Wynik meczu 1:0 dla Polski! Hurra! Wracam szczęśliwy na statek, a o północy wypływamy i bierzemy kurs na Ateny.

    Następnego dnia przepływamy przez cieśninę Dardanele. Jest ładna, słoneczna pogoda i większość wycieczkowiczów opala się na pokładzie. Na brzegu widać historyczne budowle, upamiętniające krwawe walki Aliantów i Turków z czasów I Wojny Światowej.

    Powoli na niebie uwidacznia się zarys zachodzącego słońca, a ja jak zwykle siedzę na pokładzie, by napawać się tym widokiem. Dzisiejszego wieczoru jest szczególnie piękny – ubarwiony złotoczerwonymi chmurami nad horyzontem morza.

    Dzisiejszą atrakcją jest „Wieczór piracki” i każdy jak może upodabnia się do morskiego pirata. Oj, było naprawdę wesoło! Poza różnobarwnymi przebraniami, w tle dochodzi nas świetna muzyka Skaldów, którzy w czasie całego rejsu, co wieczór prezentowali nam swój repertuar.

    Ateny

    Następnego dnia rano nasz statek przybił do portu w Pireusie i stąd autokarami pojechaliśmy do Aten.

    Zwiedzamy Akropol. Przewijające się tłumy turystów, wśród starożytnych ruin na pewno mogą skutecznie rozproszyć wszelkie myśli, jednak czasem udaje mi się przenieść myślami do czasów świetności Hellady i wyobrażam sobie, jak wtedy mogło wyglądać to piękne miejsce. Później udajemy się do Aten i jedziemy autokarem ulicami miasta. Zatrzymujemy się przy Świątyni Zeusa Olimpijskiego, Łuku Hadriana i stadionie z 1895r, gdzie rok później odbyła się pierwsza Nowożytna Olimpiada. Później oglądamy  tzw. Tryptyk Ateński czyli Bibliotekę Narodową, Akademię Ateńską i Uniwersytet – są to dzieła braci Hansen z XIX w. Następnie udajemy się do Kościoła Katedralnego, a potem przez chwilę przechadzamy się po naprawdę pięknym Parku Narodowym, położonym za starym zamkiem. Park założono w połowie XIX w. Później przenosimy się pod nowy Pałac Królewski, gdzie przed wejściem paradują groteskowo wystrojeni i poruszający się gwardziści. Choć naprawdę lubiłem lekcje historii, to obserwowanie zmian warty i ruchów tych gwardzistów są dla mnie bardziej interesujące niż widok Akropolu. Mógłbym powiedzieć: No! Wreszcie coś się dzieje! Gdyby nie przymus poruszania się w grupie, to na pewno poświęciłbym więcej czasu na obserwację tych gwardzistów. Idziemy dalej i znowu jakieś budowle, mury… Fakt, że wielkie, historyczne, i są wykonane w określonym stylu architektonicznym, każdy z innego rodzaju marmuru, jednak nic nie poradzę na to, że nie kręci mnie taka forma zwiedzania. Żeby chociaż znalazł się jakiś grajek z saksofonem albo przynajmniej na katarynce zagrał, to już byłoby mi przyjemniej. O, i znowu oni! Wielki budynek przed nami to Parlament, a tuż obok niego znowu Ci fajni goście w tych śmiesznych mundurach. Naprawdę bardzo mile wspominam widok greckich gwardzistów. Pozdrawiam Was chłopaki, jesteście nieziemscy.

    Do odpływu zostało jeszcze dwie godziny czasu i każdy już na własną rękę mógł wybrać atrakcje, które chciałby zobaczyć lub poszukać tego, co chciałby kupić. Spaceruję po centrum Aten, ale nie widzę wybitnie atrakcyjnych tematów do filmowania czy opisywania. Gdyby tak chociaż jeden dzień dłużej zostać w Istambule…

    Wracamy na statek, na którym czekają nas jeszcze występy greckich tancerzy. Tak, ta muzyka ma w sobie tak wielki temperament, że trudno się oprzeć pokusie, by chociaż obok parkietu nie pokołysać biodrami.

    Odpływamy z Pireusu i kierujemy się na Cyklady, a konkretnie na wyspę Mykonos.

    Mykonos

    Mykonos znane jest z kilkudziesięciu wiatraków i  360 błyszczących w słońcu białych kaplic. Wyspa ta jest eleganckim kurortem dla turystów. Wpływamy do zatoki w świetle wschodzącego słońca. W piękny i uroczysty sposób wita nas ten kawałek lądu. Statek rzuca kotwicę w zatoce i stąd małymi łodziami jesteśmy przewożeni na ląd. Mała przystań, przy której cumują rybackie łodzie od razu wprawia mnie w dobry nastrój. Kilku rybaków, którzy jak widać dopiero niedawno wrócili z połowu, oporządza swoją zdobycz. Na łodzi siedzi stary Grek z głębokimi bruzdami na czole i twarzy, który spracowanymi rękami nawija żyłkę na kawałek drewna. Tyle w tym obrazie harmonii i spokoju. Odwracam głowę w drugą stronę, a tam dużo młodszy rybak, brutalnie i mocno uderza ośmiornicą o beton, a potem za pomocą wąskiej deski robi z niej praktycznie miazgę. W tym widoku nie ma spokoju! Ruszam dalej i za chwilę przyglądam się łodziom i małym jachtom, które lekko i tanecznie kołyszą się na wodach przystani. Jest to jak forma terapii pourazowej po oglądanej przed chwilą dramatycznej scenie z ośmiornicą.

    Mykonos zwiedzamy na własną rękę, a mi bardzo odpowiada taka forma wycieczki. Przed sobą widzę wzgórze nad zatoczką, więc postanawiam zobaczyć jak z tego wzniesienia wygląda panorama miasta. Wybieram dróżkę, która, mam nadzieję, zaprowadzi mnie właśnie w to miejsce i spacerkiem ruszam naprzód. Po drodze mijam Greka, prowadzącego stado owiec, a trochę dalej małe gospodarstwo z kozami i owcami. Część ludności wyspy trudni się pasterstwem bądź prowadzi małe gospodarstwa domowe i właśnie te wspomniane widoki są tego przykładem. Po mniej więcej 20 minutach docieram na wzgórze, siadam  w wygodnym miejscu i spędzam tam co najmniej pół godziny. Obraz niczym z wakacyjnej pocztówki: zatoka z widokiem na spokojne morze, horyzont zamknięty zamglonymi wyspami, które stapiają się z niebem. Widać także cypel drugiej wyspy i niewielką wysepkę, przy której zacumował nasz statek. Tuż pod wzgórzem przystań, gdzie zacumowanych jest kilkadziesiąt małych łodzi, a po mojej lewej można dostrzec setki białych domów, które zlewają się prawie w jedną całość. Przy końcu linii zabudowań na niewielkim odkrytym pagórku, tuż przy zatoce widać kilka malowniczych wiatraków. Niech ktoś mi udowodni wyższość piękna Akropolu nad wyższością widoku tej zatoczki. Jak dla mnie podziwiany obecnie przeze mnie widok jest sto razy bardziej doskonały! Mówię to z pełnym przekonaniem. Pół godziny spędzone w delikatnym cieple słońca z taką panoramą wprowadziło mnie w cudowny nastrój. Wolno zszedłem ze wzgórza i skierowałem się w pierwszą lepszą uliczkę, a właściwie labirynt uliczek tego uroczego miasteczka. W wielu przypadkach trudno określić je mianem uliczek, bo czasami ich szerokość nie przekraczała 1 metra. Najczęściej wyłożone są kamiennymi płytami o nieregularnych kształtach i wyglądają jak duże puzzle. Wraz z białymi ścianami budynków oraz z kontrastowym błękitem nieba u góry i niejednokrotnie girlandami kwiatów zwisającymi z balkonów domów stanowią piękny widok. Drzwi, okna, balustrady często pomalowane są w intensywnym niebieskim, czasami brązowym, rzadziej zielonym kolorem. Co kawałek mijam małe dziedzińce z krużgankami, schodami lub tarasami, które wprost łączą się z uliczką, a czasem przez lekko uchylone drzwi otwiera się widok na mały dziedziniec, który jakby zaprasza do środka: Wejdź gościu i odpocznij sobie, (…nie wróci już socjalizm, przyrzekam ja tobie… ot, takie luźne rymowanie i skojarzenie J ). Co jakiś czas pojawia się malutki sklepik lub warsztat mieszczący się w domu, gdzie nie widać żadnego pośpiechu w pracy lub przy robieniu zakupów. Czasem w czasie wędrówki po tym bajecznym labiryncie przez minutę lub dwie nie spotyka się nikogo, a czasem można dostrzec sędziwych Greków, których gesty i mowa jest tak spokojna i powolna jakby czas płynął tu dwa razy wolniej. Gdzieś w oddali na tle nieba widzę fragment wiatraka, pewnie jednego z tych, które widziałem wcześniej ze wzgórza i chcę tam dotrzeć. Wydostaję się z wąskich uliczek i trafiam na teren, na którym prawdopodobnie mieszkają bogaci mieszkańcy wyspy. Duże wille z ładnymi ogrodzeniami, bramami, i mimo kamienistego podłoża zadbane ogrody, na dachach baterie słoneczne. Wszystko to jednak harmonizuje z widokiem dookoła. Dochodzę do wiatraka, którego fragment widziałem w uliczce. Jest ich kilka, jednak nie są to te widziane przeze mnie ze wzgórza. Te zlokalizowane są w zupełnie innej strony. Cóż, ten spacer po labiryncie był tak uroczy, że w ogóle nie patrzyłem, w którą idę stronę, a nawet gdybym to robił, miałbym marne szanse na to, aby od razu trafić do celu. Ustalam kurs marszu i za dwadzieścia minut dochodzę do wiatraków nad zatoką. Są tuż przy wodzie, której tafla wydaje się gładka niczym aksamit. Podziwiam statek w zatoczce, tuż obok na kamieniach koło brzegu mewy czyszczą sobie pióra, a obok mnie piękne wiatraki tuż nad brzegiem. No i niech mi ktoś powie, że Akropol … J Nagle przede mną pojawia się Grek jadący na ośle i zatrzymuje się przed wiatrakami, jakby wiedział, że chciałbym mieć takie ujęcie! Jest mi tu naprawdę cudownie. Myślę, że chyba nawet najbardziej znerwicowany człowiek po spędzeniu tu paru godzin byłby wyleczony. Ta wyspa działa na mnie naprawdę niesamowicie. Kiedy jestem przy wiatrakach, kilkaset metrów dalej na wzgórzu widzę kilka kaplic, więc przemieszczam się w ich kierunku. Pierwsza, druga, piąta, dziesiąta – już nie liczę ile dokładnie ich tu jest, lecz podziwiam prezentowaną przez nie prostotę i piękno w jednym. Jak wszystkie tutejsze budynki, kaplice są murowane, mają białe ściany, a u góry małe krzyże. Czasem obok nich znajduje się mały plac z zasadzonymi dookoła kwiatami. Wszystkie kaplice są zadbane i czyściutkie. Jedna z nich jest otwarta, bo akurat jakaś Greczynka zapala świeczki przy małym, bocznym ołtarzu. Postanawiam wejść do środka. Ma ona może 20 m² powierzchni, skromne wnętrze z małym ołtarzem, kilkanaście obrazów świętych. Kiedy wychodzę jakaś kobieta częstuje mnie cukierkami, a starszy mężczyzna, który wygląda na prostego człowieka, pokazuje mi  obraz, który trzyma w rękach. Być może sam go namalował. Cisza, spokój, słońce, morze, uśmiech i życzliwość ludzi – czy trzeba czegoś więcej? Wracam na wzgórze, z którego na początku dnia oglądałem zatokę, nic się nie zmieniło. Wszystko tak samo piękne jak z rana. Znów siedzę przez chwilę w błogim nastroju i staram się zapamiętać ten widok. Po chwili schodzę nad brzeg zatoki i z innym uczestnikiem wycieczki postanawiamy popływać w morzu. Jest połowa listopada, ale na nasze szczęście to nie Bałtyk. Woda jest jednak chłodna ok. 17-18 °C. Stajemy się atrakcją dla kilku przechodzących osób, bo wg nich jest absolutnie za zimno na takie kąpiele. Po minucie czy dwóch organizm przyzwyczaja się do temperatury i te kilkanaście minut pływania staje się naprawdę przyjemne.

    Wracam w pobliże przystani i siadam pod parasolem przy stoliku małej restauracji. Zamawiam kawę i przyglądam się ludziom. O tej porze roku nie ma prawie turystów. Przy kilku stolikach po 2-3 osoby leniwie sączy jakieś trunki. Na wszystkich twarzach maluje się spokój i widać pogodę ducha. Jakiś miejscowy bard przysiada na murku z gitarą i zaczyna swój występ. Znów sielankowy nastrój. Za chwilę dobiega mnie wybuch śmiechu kilku osób, więc podnoszę się by zobaczyć, co się dzieje. Z wody wyszedł właśnie olbrzymi pelikan i podszedł do pary starszych Greków. Swoim zachowaniem przypomina raczej kota lub psa. Prawdopodobnie jest oswojony i jak się później dowiedziałem jest to pupil mieszkańców miasteczka. Podszczypuje kobietę, która udaje, że się broni przed tym atakiem, nadstawia głowę, by ktoś go pogłaskał, otwiera wielki dziób i za chwilę Grek wsadza tam prawie całą głowę, a on znowu łasi się niczym kociak. Dostaje coś do zjedzenia i podchodzi do innej osoby na pieszczoty, a być może jakiś smakołyk. Naprawdę bajkowy widok.

    Powoli nadchodzi czas na opuszczenie wyspy. Nie ukrywam, że robię to z żalem, bo nie pamiętam kiedy i w jakim miejscu czułem taki wewnętrzny spokój. Kiedy wchodzimy na statek obserwujemy piękny zachód Słońca, a więc wyspa uroczo nas przywitała i tak samo wspaniale żegna. „Kiedyś tu wrócę.” – pomyślałem.

    Troja

    Następnego dnia rano przypłynęliśmy do Canakkale. W 1945r toczyły się tutaj krwawe walki Aliantów z Turkami. Z tego 30-tysięcznego miasta udajemy się autokarami do legendarnej Troi. Wycieczka pobudza wyobraźnię, bo któż nie znałby historii opisanej w Odysei. Fascynujące losy jej bohaterów, a to co dziś można zobaczyć w miejscu rozgrywania się tych wspaniałych bitew, to jednak całkowicie różne obrazy. Teraz mieści się tu muzeum prezentujące naczynia, narzędzia i część uzbrojenia z tamtych czasów oraz ok. 10-metrowej wysokości drewniany koń będący dzisiejszą wizją legendarnego konia trojańskiego. Ruiny Troi leżą obok szosy prowadzącej do Canakkale. Mimo na pewno olbrzymiej wartości historycznej tego miejsca, sam widok prezentuje się dość skromnie.

    Troja jest ostatnim miejscem, które odwiedzamy. Po południu w promieniach zachodzącego słońca odpływamy w kierunku Warny, a płynąc przez cieśninę Bosfor jeszcze raz możemy zachwycać się widokiem Istambułu. Dla mnie nocny widok na to miasto jest naprawdę zachwycający.

    Cieszę się, że nasza podróż kończy się w taki właśnie sposób -  widzę miasto, w którym jestem wręcz zakochany. Chcę tutaj jeszcze wracać i znów fascynować się widokiem wąskich uliczek, wypełnionych po brzegi kolorowym tłumem ludzi, którzy tak jak nikt inny z determinacją i uśmiechem na twarzy, walczą o swój byt.

  • Firmowe wycieczki po świecie

    Po powrocie z rejsu po Morzu Egejskim z 1990r przez kilka lat nigdzie nie podróżowałem. W tym czasie zająłem się rozkręcaniem mojego zakładu fotograficznego i otworzyłem trzy niewielkie sklepy. Ten w sumie niewielki lokalny biznes pochłaniał sporo czasu, a zarobki nie były na tyle duże, by móc zaszaleć i wybrać się w jakąś dalszą podróż. W 1995r zacząłem pracę w branży ubezpieczeń życiowych i po podjęciu tej formy zarobku, zlikwidowałem kolejno handel, a potem również zakład fotografii i videofilmowania. W ubezpieczeniach szybko stałem się jednym z najlepszym menadżerów i za osiągane przeze mnie wyniki byłem wynagradzany  wycieczkami w różne zakątki świata. W latach 90. wycieczki do miejsc, które odwiedzaliśmy kojarzyły się z luksusem i mimo, że już od kilka lat w Polsce panował inny system ustrojowy, to jeszcze niewiele osób mogło sobie pozwolić na tak kosztowne wyjazdy. Odwiedziłem wtedy Austrię, Grecję – w tym wyspę Kretę, Dominikanę i Nowy Jork. Każda taka wyprawa była nie tylko atrakcją turystyczną, ale oznaczała także świetną zabawę z osobami z firmy, które również uczestniczyły w tych wycieczkach.

    Tuż po 2000r zaczęły się moje poważne problemy finansowe, aż w końcu stałem się bankrutem. Nie tylko nie było stać mnie na wycieczki, ale nie miałem nawet na paliwo, aby przejechać kilkadziesiąt kilometrów. O tych trudnych dla mnie czasach można więcej poczytać w artykule. W 2004r zacząłem pracę jako prezenter pościeli wełnianej i stałem się jednym z najlepszych pracowników w Polsce. Za świetny wynik w nagrodę pojechałem na wycieczkę do Kapadocji. Moje marzenia o podróżach odżyły. Zobaczyłem niezwykłą krainę – baśniowe kominy skalne, wręcz księżycowy krajobraz. Podziemne miasta i setki kościołów, kaplic wydrążonych w skałach, na których ścianach i sufitach można podziwiać piękne freski.

    W 2005r zrezygnowałem z bycia prezenterem pościeli i od tego czasu pracuję dla Europejskiego Centrum Odszkodowań S.A. Rekrutuję, szkolę i zarządzam pracą wielu ludzi. Obecnie pracuję w tej firmie już od ponad 7 i nadal zamierzam rozwijać w niej swoje umiejętności i własny biznes.  Moje świetne wyniki także i tu wynagradzane są dodatkowymi, atrakcyjnymi wyjazdami. Byliśmy w Turcji, Tunezji, na Wyspach Zielonego Przylądka, na Maderze i w Kenii. Po tylu latach pracy zawiązały się przyjaźnie i liczne sympatyczne znajomości. W doskonały sposób pasuje tu powiedzenie: „Nie ważne gdzie, ważne z kim”. Takie wyjazdy mają charakter wypoczynkowy i jeśli ktoś szuka ciepłego morza, świetnego hotelu, basenu i dobrych dyskotek, to znajdzie je prawie na każdej takiej eskapadzie. Lubię tańczyć, wypić kilka drinków, wykąpać się w basenie czy poleżeć na ciepłym piasku wsłuchując się w szum oceanu, ale jeszcze bardziej ciągnie mnie do klimatów, o których pisałem już w relacjach z rejsu po Dalekim Wschodzie czy Morzu Egejskim, a więc do zwyczajnych ludzi z ulicy czy wiosek, targowisk, możliwości obserwowania ludzkich twarzy, wschodów i zachodów słońca. Kiedy tylko przylatujemy do jakiegoś nowego miejsca, biorę aparat i ruszam brzegiem morza czy lokalnymi drogami 5-10 km w jedną i drugą stronę, szukając moich ulubionych tematów do zdjęć. Jeśli nie mogę ich znaleźć to wykupuję dodatkową wycieczkę i jadę gdzieś dalej. Tak zrobiłem chociażby w czasie pobytu w pięknej tureckiej Antalii. Inni towarzysze podróży wypoczywali opalając się na plaży i kąpiąc w morzu , a ja po raz drugi w życiu udałem się do bajkowej Kapadocji na trzydniową wycieczkę, zwiedzając po drodze Ankarę.

    Na Wyspach Zielonego Przylądka, a konkretnie na wyspie Sal można było tylko i wyłącznie wypocząć . Po przebyciu wielu kilometrów doszedłem do słusznego wniosku, że tutaj nie ma tego czego szukam, więc spędziłem ten tydzień na leniuchowaniu i relaksowaniu się. Pewien dzień na Wyspach stał się zaczątkiem, mam nadzieję, wieloletniej przygody, bo wraz z innymi uczestnikami naszej wycieczki odbyliśmy kilkugodzinny kurs nurkowania, a potem nurkowaliśmy w oceanie na głębokości do 12m. To naprawdę niesamowite przeżycie! Setki, tysiące różnobarwnych ryb, koralowców, wraki statków. Na pewno chcę jeszcze kiedyś tego doświadczyć!  Po powrocie do Polski zrobiłem pełny kurs nurkowy, kupiłem pełny ekwipunek i czekam, aż mój kolega Cyna powie wreszcie – lecimy. Nie chcę nurkować z kimś innym. Cyna czekam na Ciebie ! J

    Madera 2011r

    W 2011r polecieliśmy na firmową wycieczkę na Maderę. Przed wycieczką nie szukałem informacji na temat tej wyspy. Kojarzyła mi się tylko z typowym wypoczynkiem, a więc hotelem, plażą, basenem. Na szczęście myliłem się sądząc, że ten wyjazd będzie oznaczał jedynie leżenie na piasku przy morzu i hotelowe lenistwo. Ta wyspa jest istnym rajem na ziemi i krainą wiecznej wiosny. Siedem dni to za mało, aby ją dobrze poznać, ale wystarczająco dużo, aby się w niej zakochać.

    Nasz hotel położony był na sporym klifie, skąd rozpościerał się piękny widok na morze, w którym codziennie wieczorem słońce zatapiało swój złocisty krąg barwiąc fantazyjnie chmury na horyzoncie. Wzdłuż brzegu ciągnęła się niewidoczna z hotelowego okna niewielka miejscowość, na końcu której widać było wielką górę szczelnie oblepioną drzewami. Pogoda była dość zmienna – raz słoneczna, a czasem znowu przez chwilę padał deszcz, więc krajobraz co chwila magicznie się przeistaczał, nawet jeśli człowiek nie ruszał się z miejsca. Już widok z hotelowego tarasu zachęcał do zwiedzania wyspy i to właśnie zamierzaliśmy robić. Sam przejazd z lotniska do hotelu był dla nas nie lada atrakcją. Dziesiątki tuneli przecinających, dość wysokie, stożkowate najczęściej szczyty. Setki domów, wręcz całe miejscowości wyglądające tak, jakby ktoś zawiesił je gdzieś pod niebem i przyklejone wręcz do tych gór. Wszystko to wprawiało nas w zdumienie. Zakręt za zakrętem, tunel za tunelem i kiedy się z nich wyjeżdżało, oto rozpościerał się nowy widok. Czasem podobny, a czasem zupełnie inny od tego oglądanego przed wjazdem do tunelu. Cóż za widoki!

    Tuż po zakwaterowaniu się w hotelowym pokoju wyruszam, jak zwykle pieszo, na zwiedzanie najbliższej okolicy. Udaję się nad brzeg morza, które tego dnia było dość mocno wzburzone. Dochodzę do niego wąskimi uliczkami, czasem wędruję schodkami łączącymi posesje domów lub ulic. Już te kilkaset metrów, które przemierzam w kierunku morza pokazuje mi, że każdy metr kwadratowy ziemi jest tu odpowiednio zagospodarowany i coś na nim rośnie. Wszędzie słychać śpiew ptaków, a każda, nawet najmniejsza szczelina w skale to miejsce, gdzie rosną piękne sukulenty. Raz są zielone, raz różowe, a czasem czerwone. Im większy kawałek skały, tym więcej roślinności. Kwiaty, które w Europie hoduje się w doniczkach, na Maderze rosną w ogrodach. Na ulicznych klombach, w parkach, ogrodach rosną storczyki, prymule, lilie, hortensje, jacarandy, azalie drzewiaste i wyglądające jak drzewa gwiazdy betlejemskie…

    Pierwsza hotelowa kolacja była dla mnie miłą niespodzianką. Czekał na mnie tort i odśpiewane w portugalskim języku sto lat. W tym właśnie dniu obchodziłem urodziny, a za pamięć o nich dziękuję moim koleżankom i kolegom J Później podziwialiśmy piękny zachód słońca, więc nasz pierwszy dzień pobytu na wyspie rozpoczął  się bardzo miło i sympatycznie.

    Następnego dnia, mimo niesprzyjającej i w większości deszczowej pogody postanowiliśmy zwiedzić wyspę. Świetny humor dopisuje i śmiejemy się nawet z tego, że czasem woda kapie nam za kołnierze. Spaceruję drogą położoną na wysokim morskim klifie. Nad głową mogę podziwiać, sięgające prawie chmur, wysokie, zielone górskie szczyty, oblepione w dolnej części tysiącami sukulentów w różnych kolorach. Przy drodze rosną wielobarwne kwiaty, a wśród nich białe kalie, które mają tu swoje naturalne środowisko. Zewsząd dochodzi  śpiew ptaków, zakłócony tylko szumem spadającego, prawie jak z nieba, wodospadu. Jest naprawdę pięknie. Pyszna ryba zjedzona w restauracji przy brzegu morza, gdzie w czasie posiłku okrągła sala na piętrze obraca się dookoła własnej osi dopełnia szczęście naszej dzisiejszej wycieczki.

    Następnego dnia jedziemy na Ponta de Sao Lourenzo – półwyspu na północno-wschodnim krańcu wyspy. Wyprawę rozpoczynamy od miejscowości Canical. Półwysep ciągnie się przez dobre kilka kilometrów. To nie sztuka, by go zwiedzić w ciągu 3-4 godzin, jednak niezbędna jest chociaż odrobina kondycji. Naprawdę polecam obejrzenie tego półwyspu.  Jak dla mnie był on bardzo piękny. Niektóre części szlaku przywodzą mi na myśl moje ukochane Bieszczady, ale surowe klify smagane przez wiatr i wodę Atlantyku przypominają, że jesteśmy w całkiem innej części naszego globu. Powulkaniczne skały szaleją paletą barw, raz jest to ciemny bazalt, raz czerwone, żelaziste skały poprzeplatane siarką, a morze co chwila ma inną barwę. Tu odezwała się i to dość mocno kontuzja kolana, jednak i tak praktycznie biegam, by zrobić jak najwięcej zdjęć.

    Kolejny dzień i kolejna wycieczka, tym razem do stolicy Madery – Funchal. Miasto jest nazywane „małą Lizboną” i dosłownie tonie w kwiatach. Wjeżdżamy kolejką na górę Monte, królującą nad miastem. Z kolejki podziwiamy panoramę pełnego kwiatów i drzew miasta, by w końcu spojrzeć na ten sam widok ze szczytu. W to miejsce już od końca XIX w. przyjeżdżali kuracjusze z całej Europy, zwłaszcza w okresie zimowym. Po krótkim pobycie na górze wsiadamy znów do kolejki i zjeżdżamy trochę niżej do ogrodu botanicznego. Rośnie tu ponad 2.000 gatunków egzotycznych roślin pochodzących ze wszystkich kontynentów. Na Maderze czują się niemalże tak samo, jak w swoim naturalnym środowisku. Podziwiamy różne rodzaje palm, sekwoi, drzew laurowych, oliwek, kwitnących orchidei, azalii i strelicji, które stały się symbolem Madery. Ależ tu bajecznie! Krótko trwająca burza, która zastaje nas w tym miejscu tylko dodaje uroku temu otoczeniu.

    Zjeżdżamy w końcu do miasta i niedaleko przystani dla jachtów, jemy wykwintny posiłek. Och, jak nam tu dobrze. Kiedy zostaje tylko godzina do odjazdu naszego autokaru, przemierzam ładnych parę kilometrów po wąskich, ale jakże pięknych i klimatycznych uliczkach Funchai. Większe place lub szersze ulice są tak ukwiecone, że trudno oderwać oczy od tego widoku. Przy jednym z deptaków trafiam na popiersie marszałka Józefa Piłsudskiego, który przebywał tu od 21 grudnia 1930 roku do 23 marca 1931 roku.

    Na koniec robimy trochę pamiątkowych zdjęć i wracamy do naszego hotelu. To był naprawdę udany dzień. Jesteśmy na tyle zgraną paczką ludzi lubiących się bawić, że w końcu przestaje nam przeszkadzać fakt, że w tym hotelu nie ma dyskoteki. Nawet i bez tego świetnie się bawimy i śmiejemy do łez.  Dla licznych gości w tym hotelu, którzy są z Francji, Włoch czy Niemiec nasze zachowanie jest co najmniej dziwne, ale już w wielu innych zakątkach świata zauważyliśmy, że turyści z tych krajów wolą raczej obserwować jak inni ludzie tańczą na parkiecie niż dołączyć do zabawy. Ich problem, prawda Kasiu? Kasia natomiast jest najsympatyczniejszą szefową biura podróży, jaką kiedykolwiek poznałem. Razem z Michałem lub dla wielu znajomych Cyną tworzą fenomenalny duet ludzi, którzy nie tylko tworzą rodzinę, ale jak nikt inny potrafią zadbać o turystów. Cyna to specjalista od wypraw nurkowych. Wiem, że te wycieczki, które nam organizują, na które wspólnie z nami na zmianę jeżdżą są przyjemnością także dla nich, bo fajna z nas paczka.

    Następny dzień był już niestety ostatnim spędzonym tutaj i chcieliśmy jak najwięcej zobaczyć. Zaczynamy od  wycieczki do Porto Moniz, na którą udajemy się wypożyczonymi samochodami. Miasteczko słynie z naturalnych, bardzo malowniczych basenów utworzonych przez wulkaniczne skały. Odmienność krajobrazu dostrzegana w tym miejscu fascynuje wszystkich. W basenach można się kąpać, ale tego dnia było to mocno ograniczone, ponieważ dzień wcześniej był mocny sztorm i obecnie jesteśmy świadkami wręcz spektakularnych fontann wody rozbijających się o skały basenów. Staram się złapać te widoki w kadrze aparatu i w końcu podchodzę najbliżej jak się da, ale miejscowy ratownik nakazuje mi odwrót. Ma rację, bo gdybym wpadł do tak wzburzonego morza, to na ostrych wulkanicznych skałach mógłbym stracić nie tylko naskórek na kolanie … Wysoko na wzgórzu wznoszącym się nad miasteczkiem można ledwie dostrzec sylwetki kilku jadących aut. Zakładam, że może to być dobre miejsce do obejrzenia panoramy i namawiam moich kompanów, aby tam pojechać. Chyba nigdy do tej pory nie jechałem takimi serpentynami. Droga jest nie tylko kręta, ale też bardzo wąska i niesłychanie stroma. W końcu jednak udaje nam się wyjechać na górę. Było warto! Przecudowna panorama na małe miasteczko – jakby tuż pod naszymi stopami, chociaż z tej wysokości wszystko wydaje się tak małe niczym widok z okien samolotu. Podziwiamy białe grzywy morskich bałwanów rozbijające się o skały basenów, błękit oceanu aż po horyzont i niebo z kilkoma białymi obłokami. Fantastyczny widok.

    Przenosimy się do kolejnego miasteczka – Sao Vincence,  aby zjeść dobry obiad, a później zwiedzamy wulkaniczne jaskinie pełne kolorowych stalaktytów i malowniczych jeziorek. Oglądamy także medialny pokaz, w którym cofając się w czasie o miliony lat, opisywana jest historia powstania wyspy. Ciekawie spędzona część dnia kończy nasze zwiedzanie tej pięknej wyspy.

    Rewelacyjny, łagodny klimat panuje tu przez cały rok. Cudowne krajobrazy gór i oceanu oraz wszechobecne tu piękne kwiaty, krzewy i drzewa, wśród których słychać nieustanny śpiew ptaków, nie bez powodu kuszą i przyciągają mieszkańców innych części świata. Wielu z nich marzy o tym, aby tu przyjechać, a nawet być może zostać na zawsze.

    Kiedy 3 maja 2011r lądujemy w Warszawie na Okęciu doznajemy sporego szoku. Jest -1°C, sypie śnieg, a niektórzy z nas w drodze do domu napotykają zaspy i gołoledź. Chciałoby się krzyknąć: Wracam na Maderę!

  • Kenia 2012r

    W pierwszych dniach marca 2012r wyruszamy na firmową eskapadę do Kenii. Już przy schodzeniu po schodach samolotu na płytę lotniska w Mombasie czujemy, że to Afryka. Jest ok. 21.00, a tu niesamowity upał. Nawet powietrze jakoś inaczej pachnie niż u nas. Przy odprawie doświadczamy tego o czym nam mówiono: „pole, pole” czyli powoli, powoli. Oj i to jak powoli! Po 2-3 dniach przywykliśmy do tego nawet w naszym luksusowym hotelu. Nawet do tego, że zamiast zamówionej kawy można było dostać herbatę lub zamiast wina piwo. Na to też jest odpowiedź: „this is Africa”. Jak zawsze towarzyszy nam jednak dobry humor. Mojego humoru nie zmącił nawet fakt, że kiedy tuż po przybyciu do hotelu wziąłem moją nową kamerę, aby zrobić kilka ujęć, kolega dla zabawy pchnął mnie do basenu nie widząc, że mam ją w ręku. Luksusowy hotel tuż przy plaży, basen, wyśmienite jedzenie, występy artystów, drinki czyli… nuda. Broń Boże nie mam tu na myśli naszej ekipy, bo świetnie się ze sobą czujemy i bawimy. Tym razem opiekuje się nami Michał czyli Cyna, a z nim nie można się nudzić, nawet jeśli tylko opowiada o wojażach po świecie.

    Plaże Mombasy

    Plaża jest tuż przy hotelu więc już następnego ranka robię sobie dłuższy spacer plażą. Zazwyczaj takie hotele posiadają zamknięty dla tubylców teren plaż. Tu jest inaczej. Na plażę przychodzi także miejscowa ludność. Mieszkańcy miasta kąpią się w morzu, wypoczywają w swoim gronie na rozgrzanym piasku, a spora część miejscowej ludności zamieszkuje brzegi i żyje z tego co morze im daje.  5-7 km spaceru plażą w jedną i drugą stronę i co chwilę mogę zobaczyć tamtejsze zwyczaje oraz poczuć klimat tego miejsca. Tuż przy wyjściu z hotelu na plażę miejscowi handlarze rozstawiają swoje stragany zachęcając do kupna oferowanych towarów. Kolorowe chusty z afrykańskimi motywami mają swój urok i można poszukać inspiracji do zdjęć. Bardziej interesuje mnie jednak normalne, codzienne życie tubylców, więc kiedy spaceruję brzegiem mogę zobaczyć tych, którzy małymi łodziami wypływają w morze i łowią ryby. Kiedy wracają, przychodzą do nich tutejsze kobiety z wiaderkami bądź plastikowymi torbami i handel odbywa się na miejscu. Młodzi chłopcy grają w piłkę, ktoś bawi się z psem, chłopak przytula się do dziewczyny, młody mężczyzna idzie ze mną 2 kilometry opowiadając o swoim sklepie przy plaży, licząc na to, że stanę się jego klientem. Sympatyczna dziewczyna idąca plażą podchodzi i zagaduje po angielsku, a potem w rozmowie opowiada o swojej pracy, rodzinie, o tym jak trudno jest tu żyć. Okazuje się, że za mój aparat z obiektywem warty ok. 6.000 € mógłbym tu otworzyć i utrzymać dobrą restaurację… Mombasa jest  największym afrykańskim portem i tuż po Nairobi, drugim co do wielkości miastem w Kenii. Oficjalnie mieszka tu ok. 1 mln ludzi, ale można szacować, że nikt nie wziął pod uwagę co najmniej kilkuset tysięcy imigrantów. Dziewczyna, z którą rozmawiam przyjechała z Ugandy szukając tu pracy. Zarabia ok. 50-60 € na miesiąc. Dla wielu biedaków, którzy podejmują się każdej możliwej pracy w Mombasie, to bardzo dobre zarobki. Kilkaset metrów od hotelu w skalnej niszy przy plaży spotykam dwóch tubylców, którzy przy pomocy dłuta, pilnika i ręcznej piłki wyczarowują piękne breloczki lub tabliczki z drzewa hebanowego z dowolnym napisem i wzorem. Jestem zdumiony, że w tak prymitywnym warsztacie ci ludzie potrafią wykonać takie cuda. Późniejsze zwiedzanie manufaktury pamiątek przekonuje mnie, że takimi właśnie metodami i w niewiele lepszych warunkach tworzy się prawdziwe dzieła sztuki.

    Manufaktura pamiątek

    Kiedy widzi się w sklepie lub też u wędrownego handlarza różnego rodzaju pamiątki od małych koralików po rzeźby zwierząt, większych niż człowiek, to z reguły nie zastanawiamy się, gdzie i przez kogo zostały one wykonane. Na obrzeżach Mombasy jest jedna z największych albo i nawet największa w Afryce fabryka pamiątek. W jej sklepie firmowym możemy zobaczyć lub kupić tysiące wyrobów, które powstają w tym miejscu. Używając w tym przypadku słowa fabryka należy na pewno postawić cudzysłów. Setki prowizorycznych szałasów, często z dziurawymi dachami z brezentu i pewnie z tysiąc osób w prymitywnych warunkach tworzy te cuda, które potem możemy oglądać czy kupić. W to miejsce ściągani są ludzie pochodzący z różnych afrykańskich plemion, którzy przejawiają talent i zmysł artystyczny. Jedni rzeźbią, inni malują lub też polerują wyroby, a jeszcze inni dbają o to, by używane narzędzia działały sprawnie i bez zarzutu. Jest to swego rodzaju spółdzielnia, która w jakiś sposób dzieli zyski z wyrobu i sprzedaży tych dzieł. Zadziwił mnie prymitywizm wykonywania tych, niejednokrotnie pięknych przedmiotów. Imadłem najczęściej są stopy człowieka, w którego rękach sprawnie porusza się dłuto, siekiera, piła czy pędzel. Pojęcie zasad BHP raczej na pewno tu nie występuje ….

    Safari

    Po szóstej rano wyruszamy kilkoma samochodami na dwudniowe safari do Parku Narodowego Tsavo. Jest to główny punkt programu naszej wycieczki do Kenii. Jedziemy ulicami Mombasy. Nie mogę oderwać oczu od tego, co widzę z jadącego samochodu. Ten niezwykły widok stanowią tętniące życiem ulice Mombasy. Poranne godziny, gdy ludzie idą do pracy, rozstawiają swoje stragany, matki prowadzące dzieci do szkoły oraz naganiacze lokalnych busów pokrzykujący na ludzi, by wybrali ich pojazd. Obserwuję dziesiątki wozów z dyszlami, które są ciągnięte siłą ludzkich mięśni, a także olbrzymie wysypisko śmieci, na którym swoje szałasy wybudowali miejscowi śmieciarze, a to wszystko jest tylko kilka kilometrów od centrum Mombasy, gdzie w olbrzymim skwarze i tumanach kurzu przemieszczają się i żyją ludzie. Ta tętniąca życiem ulica jest zupełnie inna od tej spotykanej w Europie. Moja myśl: Muszę tu wrócić! Jeszcze nie wyjechaliśmy z Mombasy, a ja już myślałem co zrobić, by jeszcze raz zobaczyć te miejsca.

    Do Tsavo mamy ok 200 km. Jedziemy jedyną asfaltową drogą w Kenii, która łączy Mombasę z Nairobi. Obok biegnie jedyna linia kolejowa, która także przebiega pomiędzy tymi dwoma miasta. Transport kolejowy jest tu jednak znikomy, więc drogą pędzi tysiące ciężarówek. Co jakiś czas mijamy „myjnię samochodową” – plastikowa beczka z wodą, garnuszek i szczotka. W taki sposób miejscowi ludzie czyszczą swoje samochody. Kierowca jest tu kimś ważnym i rzadko samodzielnie zabiera się za taką pracę. Im dalej od Mombasy, tym mniej domów. Jałowa ziemia, na której widać co jakiś czas uprawy oraz biednie wyglądające chatki, najczęściej z gliny – to najbardziej rzucający się w oczy widok. Kawałek blachy falistej, który służy często na konstrukcję dachu czy ściany jest tu bardzo cennym towarem. Kilkanaście kilometrów przed parkiem widzimy kilka zebr i zaczynają się emocje związane z wypatrywaniem zwierząt. Wjeżdżamy do parku i wszyscy wystawiamy głowy, by zobaczyć afrykańską florę i faunę. Przewodnik mówi nam, że w tym parku z tzw. wielkiej piątki – słoń, lew, nosorożec, lampart i bawół, uda nam się zobaczyć słonia i być może bawoła. O innych możemy tylko pomarzyć, bo tu jest to niesłychana rzadkość. Po 2-3 km jazdy widzimy w krzakach pierwszą antylopę. Ależ radość! A parę kilometrów dalej kilka słoni! Cóż za szczęście i jakie emocje! Oglądanie tych samych zwierząt w ZOO to zupełnie nie to samo. Emocje, które towarzyszą mi w wypatrywaniu dzikich zwierząt przeplatam obserwacją krajobrazów. Pora „sucha” ma się ku końcowi, a więc roślinność nie jest soczysto zielona. Mamy i tak szczęście, że w nocy spadł deszcz, więc nie jedziemy w tumanach kurzu. Olbrzymie przestrzenie z każdej strony, drzewa, krzewy, trawy i zapach… Afrykański busz  pachnie tak odmiennie od wszystkiego, co znałem do tej pory… O jest! Żyrafa! Nie sądziłem, że jej widok wzbudzi we mnie takie emocje. Jeśli tylko wypatrzymy jakieś zwierzę kierowcy zatrzymują się, aby można było zrobić zdjęcie i chwilę je poobserwować. W czasie drogi, co jakiś czas można dostrzec kilka antylop schowanych w cieniu drzew, bo skwar południowego słońca daje im się we znaki. Dość często widzimy antylopę dick-dick – to najmniejsza antylopa wielkości małego psa. Po kilku godzinach dojeżdżamy do wygodnego hotelu w środku parku. Jest on położony na wzgórzu, z pięknym widokiem na olbrzymie połacie sawanny. Z każdej jej części docierają nas odgłosy wydawane przez zwierzęta. Sawanna tętni życiem. Ktoś poluje, a kogoś upolowano… Ochrona dba o to, aby gość nie wybrał się nawet kilkadziesiąt metrów poza teren hotelu, bo można nie wrócić J W pobliżu hotelu zrobiony jest specjalny wodopój i kiedy jemy na tarasie obiad można obserwować tuż obok antylopy, które przychodzą zaspokoić pragnienie. Po posiłku wyruszamy na dalsze poszukiwanie afrykańskich zwierząt. Żyrafy cały czas są dla nas bardzo atrakcyjnym obiektem do obserwacji, czasem w powietrzu lub na drzewie można spotkać jakiegoś skrzydlatego drapieżcę, świetnie prezentują się także sekretarze. Jedziemy w pierwszym samochodzie. Nic się nie dzieje, jaki tu spokój, la, la, la, la… i nagle, tuż przed nami przyczajony przy drodze lampart!!! Z odległości kilku metrów robię zdjęcia, zapominając o parametrach nastawiania przysłon czy czułości. Emocje sięgają zenitu, bo nikt nie spodziewał się takiego „rarytasu”. Sam kierowca, który setki razy przemierzał tę trasę jest podekscytowany. Co za piękny kot! I jaki wyrozumiały. Pozwolił nam przez kilka minut patrzeć na siebie J Chwilę później podjeżdżamy koło małego stawu i … JEST!!! LEW !!! Lew odpoczywający obok upolowanego bawoła. To niesamowite! To prawie niemożliwe, a jednak – widzimy lwa! Safari to nie jest ZOO, zupełnie inne emocje towarzyszą spotkaniu z królem zwierząt w jego naturalnym środowisku.

    Następny dzień safari rozpoczynam od powitania wschodzącego słońca nad sawanną. Jak zwykle w takich magicznych chwilach towarzyszy mi swego rodzaju wzruszenie. Widok wschodzącego słońca, odgłosy i zapach sawanny… Gdy zamknę oczy to wciąż jeszcze widzę, słyszę i czuję…

    W kolejnym dniu na safari nic nie zdołało przebić emocji poprzedniego dnia, kiedy pojawił się lampart, a zaraz potem lew. Zwiedzamy inne zakątki parku, z odmienną roślinnością, tereny usiane wzgórzami i rezerwat parku ze źródłami rzeki, której woda pobierana jest do Mombasy. Safari wzbudza emocje i jest pięknym, ciekawym przeżyciem. Ale ja już kombinuję jakby tu wrócić na ulice Mombasy…

    Masajowie

    Wioskę Masajów odwiedzamy wracając do Mombasy z naszego dwudniowego Safari. Wioska znajduje się niedaleko Mombasy, a postęp cywilizacyjny wyraźnie odcisnął tam swoje piętno. Dzieci Masajów mają tu swoją szkołę, kilku dorosłych całkiem nieźle mówi po angielsku, a zwiedzanie odbywa się po z góry ustalonej przez plemię cenie (20 € od osoby). Widać, że ta wioska żyje z turystów. Jednak większość tego, co jest w obyczajach i kulturze Masajów możemy nadal zobaczyć. Domy ulepione z gliny i krowiego łajna, dumni mężczyźni mający po kilka żon, hierarchia ważności członków plemienia, tradycyjne stroje i zwyczaje, wygolone głowy Masajek i w naszym odczuciu prymitywne narzędzia oraz styl życia. Na policzkach oraz czołach jeszcze małych dzieci widać wypalone, koliste znamiona – zapewne znak przynależności do konkretnego klanu. Kiedy wchodzimy na teren wioski i kilka osób wyciąga cukierki, dzieci rzucają się po nie niczym wygłodniałe zwierzęta. Budzi to w nas mieszane uczucia, że dzieci, aż do tego stopnia, mogą być spragnione takich łakoci. Jednak zanim dzieci zdążą spróbować słodyczy, dorośli Masajowie zabierają im te prezenty, przeliczają, a potem równo dzielą je na wszystkie dzieci – sprawiedliwe zasady. W naszym pojęciu, to co widzimy w tej wiosce, to bieda. Gdybym jednak miał wybrać – być Masajem lub mieszkać gdzieś na obrzeżach Mombasy, zdecydowanie wybrałbym żywot Masaja. Zafascynowały mnie ich twarze. Najczęściej są to ostre rysy, które noszą ślady niełatwego życia. Wódz plemienia, który nie ma jeszcze pięćdziesiątki, wygląda jak mój dziadek i proces szybszego niż w naszej kulturze starzenia się  człowieka jest tutaj wyraźnie widoczny. Kilkadziesiąt minut obcowania z Masajami utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że chciałbym eksplorować różne części świata, by mieć możliwość poznania równie niezwykłych kultur oraz ludzi. A do Afryki i Masajów mieszkających daleko w sawannie na pewno kiedyś wrócę.

    Ulice Mombasy

    Jeszcze przed wylotem do Kenii ostrzegano nas, że poruszanie się po ulicach Mombasy, zwłaszcza samotne, nie jest zbyt rozsądne i bezpieczne. Sytuacje, w których ktoś bardzo szybko i nieoczekiwanie traci portfel, torebkę, aparat fotograficzny lub kamerę, nie należą do rzadkości. Ponadto ludność miejscowa bywa czasem dość nieprzyjazna wobec osób o innym kolorze skóry.

    Nie wiem dokładnie dlaczego, ale odkąd pamiętam, zawsze fascynowały mnie lokalne targi i stragany, ulice zapełnione miejscowymi ludźmi, którzy spieszą się do swojej pracy, dziećmi idącymi do szkoły. Uliczne sklepiki czy slumsy biedoty przyciągają mnie niczym magnes.

    W 1990r kiedy nasz statek przybił do Dżakarty wziąłem taksówkę i kazałem zawieźć się na slumsy. Więcej o tym wspominam w części Daleki Wschód. Od tego czasu minęło ponad 20 lat, a mnie wciąż fascynują i przyciągają podobne miejsca. Kiedy w drodze na safari zobaczyłem ulice Mombasy, zapełnione różnorodnym tłumem ludzi, wiedziałem, że zanim wyjadę z Kenii, muszę tu wrócić. Aby było bezpieczniej, na tę eskapadę umówiłem się z moimi dwoma znajomymi, jednak o umówionej wcześniej, szóstej rano przy recepcji, oprócz mnie, nie zjawił się nikt. Cóż… wziąłem taksówkę i samotnie wyruszyłem na ulice Mombasy. Mimo wczesnej pory, powietrze było gorące i duszne. Nawet otwarta w samochodzie szyba nie dawała zbyt wiele orzeźwienia. Gdy kierowca zobaczył spoczywający na moich kolanach aparat, poradził mi, aby kilka razy owinąć pasek aparatu wokół ręki, ponieważ ktoś z łatwością mógłby podbiec i wyrwać mój sprzęt, a ja szybko zostałbym z niczym…

    Wysiadłem z taksówkarzem tuż obok promu łączącego dwa brzegi rzeki. Ujrzałem różnokolorowy tłum ludzi schodzących z promu, spieszących do pracy, dziesiątki lokalnych busów z „naganiaczami” szukającymi klientów, ulicznych handlarzy przy stoiskach z jedzeniem, grupki dzieci czekających na autobus do szkoły. Dostrzegłem niesamowity kontrast pomiędzy pięknymi reklamami różnych usług i produktów, a tuż obok walającymi się wszędzie śmieciami i biedotą. Skwar i kurz, piękne oczy muzułmanki spoglądające na mnie spod czadoru, małe dzieci noszone w chustach matek niczym najcenniejszy skarb – to wszystko było tak fascynujące!

    Jednak ulice Mombasy to nie Azja czy Istambuł, gdzie obiektyw aparatu skierowany w stronę ludzi wywołuje ich uśmiech lub gest pozdrowienia. Tutaj już po 2-3 ujęciach doświadczam, że jest zupełnie inaczej. Zmarszczone czoła, złość bijąca z oczu niektórych mężczyzn, odwracanie twarzy, wręcz agresja skierowana w moją stronę. Mój obiektyw 28-300 mm waży ponad 1,5 kg i ma kilkadziesiąt centymetrów długości i wiem, że nie mogę schować go w dłoni, aby w dyskretny i niezauważalny sposób robić zdjęcia. Układam więc aparat na biodrze, idę kilkaset metrów chodnikiem i robię serię zdjęć. Nie są one tak dobre, jak chciałbym by były, często nieostre, wykonywane na szybko i z niezbyt dogodnej pozycji, ale pragnę, by chociaż kilka z nich przypomniało mi ten barwny i inspirujący tłum.

    Poprosiłem taksówkarza, aby, na ile to możliwe, był moim przewodnikiem i ochroniarzem… W ciągu 3 godzin, które z nim spędziłem, wędrując po ulicach, trzy lub cztery razy dawał jakieś kwoty pieniędzy tubylcom, którzy zaczynali dość agresywnie reagować, gdy próbowałem skierować obiektyw w ich stronę.

    Niezbyt dobrze mówię po angielsku, napotkany taksówkarz też nie wykazywał zbyt dobrej znajomości tego języka, dlatego trochę czasu zajęło nam ustalenie miejsca, gdzie najbardziej chciałem pojechać. Nazwałem sobie to miejsce „wrotami piekieł”. Przez owe wrota przejechaliśmy w drodze na safari. To ok. 7-10 km głównej drogi, spowitej w tumanach kurzu, z tropikalnym słońcem równika w zenicie. Przejeżdżając tamtędy zamyka się wszystkie szyby samochodu i zasłania usta, z drugiej strony w tym samym obszarze ludzie idą do pracy, rozkładają swoje uliczne stragany, a obok są ich domy i miejsca pracy. Wielu ludzi z różnych części Kenii i Afryki przyjeżdża w to czy inne, podobne rejony, próbując polepszyć swój byt, bo tam, gdzie żyli, było jeszcze gorzej. Będąc tylko przez chwilę w takim miejscu jak to i porównując je z odwiedzoną wioską Masajów, gdybym musiał wybierać, gdzie chciałbym żyć, bez zastanowienia zdecydowałbym się na bycie Masajem i wiem, że byłoby to życie pełniejsze, szczęśliwsze.

    Urodziłem się w czasach „słusznie uznanych za niesłuszne” i dopóki po raz pierwszy nie przekroczyłem w 1988 r granicy RFN, nie odczuwałem, że żyję w państwie, które z racji swojego systemu, zamknęło mi wiele możliwości. Kiedy w 1989r. byłem przez dwa tygodnie na Syberii i trochę rozmawiałem z tamtejszymi ludźmi, widziałem ich codzienny byt, pomyślałem, że w tym wielkim państwie żyją jak niewolnicy.  Wtedy byłem wdzięczny za swój los, za to, że jestem Polakiem i mogę mieszkać w Polsce. Rok później zachwycałem się ekskluzywnymi hotelami Manili nad oceanem, a po drugiej stronie tej samej ulicy i widziałem domy ludzi przy wysypisku śmieci, gdzie dzieci razem z psami szukały czegoś do jedzenia. W Jakarcie oglądałem z zewnątrz zachwycający i pełen dekoracji pałac prezydenta, podczas, gdy trzysta metrów od niego, pod mostem, mieszkała wielodzietna rodzina. Dotarło do mnie wtedy, że dopóki człowiek nie posmakuje innego świata, innych warunków życia, wolności, nie czuje się nieszczęśliwy, bo skala bycia szczęścia, satysfakcji czy bogactwa jest tak naprawdę umiejscowiona w środowisku, w którym się urodził i żyje.

    Kiedy zatem fotografuję tych biednych w naszym pojęciu ludzi i środowisko, w którym żyją, podchodzę do takich sytuacji w sposób bardziej „warsztatowy”. Zastanawiam się raczej jak uwiecznić te miejsca, ludzkie zachowania i twarze niż to, jak mógłbym im pomóc. Nie uniknąłem i zapewne nie uniknę jednak chwil pełnych emocji i wzruszenia, czasem łez, które w podobnych środowiskach zdarzają mi się, zwłaszcza wtedy, kiedy tematem fotografii jest dziecko. Nie wyzbędę się empatii i też nie chcę tego robić. Fotografując, nie tylko patrzę i myślę nad tym co i jak robię, ale również, a może przede wszystkim angażuję w to swoje uczucia.

    W nazwanych przeze mnie „wrotach do piekła” spędziłem około pół godziny. Za mało, aby zrobić wystarczająco dużo zdjęć, aż nadto, aby chcieć stamtąd uciec…

    Wracamy w kierunku centrum Mombasy. Co jakiś czas wysiadam z samochodu, bo dostrzegam np. ulicznego szewca, który naprawia klapki, ludzi, którzy w prymitywnych, w naszym pojęciu, warunkach gotują coś na ulicy, by w ten sposób zarobić na życie. Mijam dwóch młodzieńców na chodniku, którzy naprawiają motocykl i kilkoro dzieci przed szkolną bramą, wpatrujących się z uwielbieniem w nowe ołówki wystające z kartonu ulicznego handlarza. Gdybym tylko mógł, z chęcią spędziłbym w takich miejscach wiele czasu i wiem, że nie byłoby to dla mnie nudne. Wręcz odwrotnie – fascynuje mnie ulica i ludzie, których można tam spotkać. Doświadczyłem jednak wyraźnie tego, że w różnych częściach świata podobne środowiska ludzi mogą inaczej reagować na człowieka o innym kolorze skóry, trzymającego aparat w dłoni. Taksówkarz przejechał ze mną ponad 40km. Chciał 50€. Dałem mu 80. Dla mnie było warto.

  • Etiopia 2012r

    Podróż do Kenii pobudziła moją chęć poznania odległych kultur. Mój znajomy z firmy Janusz od kilku już lat odwiedza miejsca, które są dla mnie tak samo atrakcyjne. Był m.in. w Birmie, Chile, Iranie. Razem z nim i moim kolegą Sławkiem ruszamy w październiku na prawie trzytygodniową wyprawę do Etiopii. Mam nadzieję podzielić się z Wami po powrocie interesującymi zdjęciami i relacją z naszej wyprawy.

    A oto plan tej 5-osobowej ekspedycji, bo tak można ją nazwać jest bardzo bogaty:

    Dzień 1 Wrocław Wylot z Wrocławia.

    Dzień 2 Addis Ababa Po śniadaniu zwiedzanie miasta. Mercato, Muzeum, przejazd do Debre Libanos. To słynne miejsce pielgrzymek oraz idealne miejsce na zapoznanie się z tutejszą religią. Powrót na nocleg i kolację do stolicy.  

    Dzień 3 Bahar Dar Po śniadaniu przelot do Bahar Dar. Rejs po jeziorze Tana. Po drodze okazja do odwiedzin starego pochodzącego z XIII w. klasztoru i skarbca Ura Kidane Mehret na półwyspie Zeghie. Po lunchu w hotelu wyprawa do wodospadów Nilu Błękitnego – punkt widokowy Tissisat. Powrót do hotelu. Kolacja. Nocleg.

    Dzień 4 Gondar Po śniadaniu przejazd do Gondar – dawnej stolicy Etiopii. W mieście zwiedzanie: zamek cesarzy Etiopii, ruiny pałacu, łaźnie Fasiledesa. Piękne wnętrza i otoczenie kościoła Debre Byrhan Selassje. Nocleg.

    Dzień 5 Góry Siemien Po śniadaniu przejazd do parku Narodowego Gór Siemien. Niesamowite góry są jedną z przyrodniczych atrakcji Etiopii i fascynują niespotykaną florą i fauną. Trekking. Kolacja i nocleg.

    Dzień 6 Góry Siemien – Gondar Po śniadaniu kontynuujemy zwiedzanie parku i podziwiamy widoki, na kolację i nocleg wracamy do Gondaru.

    Dzień 7 Aksum Po śniadaniu przelot do Aksum. Zwiedzanie dawnego świetnego królestwa. Kościół Marii z Syjonu, Dom Arki z najprawdopodobniej przechowywana tu Arką Przymierza. Popołudniowy wizyta w muzeum, gdzie wyeksponowane są stroje oraz akcesoria cesarskie. Smukłe kamienne stelle. Ruiny zamku, Pałac i łaźnia Królowej Saby. Kolacja i nocleg.

    Dzień 8 Lalibela Po sniadaniu pożegnanie z Aksum i przelot do Lalibeli. Tu zapoznanie się z pierwszą grupą zabytków wpisanych na listę UNESCO. Kolacja i nocleg.

    Dzień 9 Lalibella Śniadanie. Miasto wpisane na listę UNESCO. Niesamowite kościoły wykute w skale. Całodniowe zwiedzanie wspaniałych budowli w Lalibella i okolicach. Powrót na kolację i nocleg.

    Dzień 10 Langano Śniadanie. Przelot do Addis Ababa i przesiadka do samochodów terenowych. Przejazd do Langano. Początek trasy po Etiopii Południowej. Kolacja i nocleg.

    Dzień 11 Awassa Przejazd do Awassa. Podczas spaceru nad brzegiem Jeziora Awassa obserwowanie ptaków i lokalnej przyrody. Kolacja i nocleg.

    Dzień 12 Arba Minch Po śniadaniu dalsza droga ze wspaniałymi widokami. Przystanek w wiosce Chencha zamieszkiwanej przez plemię Dorzo. Tradycyjne domostwa i zwyczaje miejscowej ludności. Kolacja i nocleg.

    Dzień 13 Jinka Śniadanie.Przejazd dalej na południe i spotkania z miejscową ludnością. Wizyta w plemieniu Konso. Dojazd popołudniem do hotelu w Jinka. Kolacja i nocleg.

    Dzień 14 Turmi Po śniadaniu przejazd do Turmi. Dzisiejszego dnia spotkanie z plemieniem Mursi. Czas na opowiesści i zdjęcia oraz zakupy. Nocleg w hotelu w Turmi. Kolacja.

    Dzień 15 Turmi Całodzienna wyprawa po śniadaniu na spotkanie z plemieniem Karo i Bume. I ponownie rozmowy, zdjęcia i podziwianie okolicznych krajobrazów.

    Dzien 16 Arba Minch Po śniadaniu przejazd w stronę północy. Przytanek w wiosce zamieszkiwanej przez plemię Elbore. Kolorowe stroje i ozdoby. Nocleg w Arbaminch.

    Dzień 17 Addis Ababa Po śniadaniu powrót do stolicy, czas na ostatnie zakupy i lot do Polski.,

    Dzień 18 Wrocław Lądowanie w Polsce.

Jeśli ktoś z osób czytając dotarł do tego miejsca i miałby ochotę dowiedzieć się trochę więcej na temat moich biznesowych losów odsyłam do linków z artykułami, które ukazały się na mój temat:

Ciąg dalszy podróży już wkrótce