Obecnie żyjemy w wolnym kraju i w czasach, gdy podróże, nawet te dalekie nie są niczym nadzwyczajnym. Wystarczy mieć trochę pieniędzy, wybrać niemal dowolne miejsce na Ziemi, znaleźć odpowiednie biuro podróży (które międzyczasie nie upadnie) i w tak oto prosty sposób możemy realizować swoje marzenia.

Socjalistyczne czasy i wczasy

Kiedy byłem jeszcze dzieckiem moi rodzice, a zwłaszcza mama, zabierali mnie na wczasy.  Jeździliśmy do Międzyzdrojów, Jastrzębiej Góry czy Karpacza. Mimo, że rodzice mieli dobre, jak na te czasy, posady to już np. wyjazd do Bułgarii czy Rumunii był czymś wyjątkowym. Jeśli kolega z klasy pochwalił się, że był w Jugosławii oznaczało to, że należał do socjalistycznej elity, która mogła pozwolić sobie na taką wycieczkę. W tamtych czasach podróż do Francji, Niemiec czy USA kojarzyła się Polakom przede wszystkim z wyjazdem w celach zarobkowych aniżeli ze zwiedzaniem danego kraju.

Jako uczeń szkoły podstawowej bardzo zainteresowałem się geografią i praktycznie codziennie podróżowałem „palcem po mapie” – często szlakami bohaterów z moich ulubionych książek. Sporą część wakacji spędzałem u babci na wsi. Pamiętam, że kiedy spotykałem się z moim ówczesnym kolegą Czesiem, by razem z nim pilnować wypasających się krów, to prawie zawsze zabierałem ze sobą kieszonkowy atlas geograficzny. Często w ramach zabawy staraliśmy się odnajdywać różne miejsca i punkty zaznaczone na mapie świata. Niemalże na pamięć znałem stolice poszczególnych państw, większość mórz, pasm górskich, szczytów i jezior.

W latach 70. w telewizji zaczęły pojawiać się w telewizji programy podróżnicze. Pierwszym, który pamiętam nazywał się „Klub sześciu kontynentów”. Kiedy na ekrany zawitały programy Tony Halika i Elżbiety Dzikowskiej – oglądałem każdy odcinek. Cóż, niestety w tamtym okresie „podróże” kończyły się właśnie na owym oglądaniu, jednak i tak ta forma poznawania świata bardzo mnie fascynowała. Gdzieś w głębi duszy pojawiała się wtedy potrzeba i chęć do odbywania takich podróży, ba, w ogóle jakiejkolwiek podróży gdzieś dalej niż pozwalała na to ówczesna władza ludowa. Jednak wtedy paszportu nie można było mieć w szufladzie swego domu, a samo otrzymanie go na ściśle zaplanowaną podróż kończyło się często odmową. Ponadto na takie dalekie wycieczki nie było po prostu pieniędzy.

Jeśli człowiek żyje w swego rodzaju klatce nie ma raczej większych marzeń niż te, na które owa klatka pozwala. Cóż tu wiele mówić – byt kształtuje świadomość. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych byłem kilka razy na Węgrzech, w NRD czy Czechosłowacji. Jednak te podróże nie wzbudzały przesadnych emocji, bo kraje te znajdowały się w tym samym socjalistycznym bloku co Polska. Jak dla mnie miały po prostu inny kolor wszechobecnej wtedy szarości…

Handlowo-turystycznie 1988-1989r

Istambuł – Bułgaria – Rumunia – Syberia – Kaukaz

Mój pierwszy, kilkudniowy wyjazd do RFN w 1988r z okazji chrzcin córki mojej kuzynki pobudził we mnie wszystkie zmysły. Nareszcie mogłem przekroczyć ten mur i zobaczyć inny kawałek świat. Jednocześnie był to też bardzo mocny impuls wyzwalający, który sprawił, że poczułem chęć założenia własnego biznesu. Po powrocie zdecydowałam się na otworzenie zakładu fotograficznego. Polska rzeczywistość końca lat osiemdziesiątych to puste sklepowe półki, słynne kartki na zakup podstawowych towarów oraz olbrzymia inflacja. Mimo wielu zleceń w usługach fotograficznych potrzeba było wielu miesięcy pracy, roku czy nawet dwóch lat, aby swoją pracą zarobić na nową lampę błyskową, obiektyw czy też aparat. Kiedy w tamtym czasie pojawiły się pierwsze kamery video marzyłem, aby mieć jedną z nich. Panasonic M7 kosztował w Pewexie 1500 $ czyli w przeliczeniu były to mniej więcej siedmioletnie zarobki moich rodziców lub 2-3 lata działalności mojego fotograficznego biznesu. Ta kamera stała się dla mnie swego rodzaju celem. Właśnie z myślą o niej, zdecydowałem się wtedy na w pewien sposób, desperacki krok – pojechałem do Turcji. Kupiłem trochę różnych towarów, przywiozłem do kraju i sprzedałem, aby móc zarobić na wymarzony sprzęt. W tamtych czasach takim handlem zajmowało się tysiące Polaków. Osobiście wstydziłem się takiego sposobu na życie, a nagle sam zacząłem to robić. Siedmioletnim Fiatem 125p, który był moim pierwszym autem, kilka razy jeździłem do Istambułu przez ZSRR, Rumunię i Bułgarię. Oczywiście za pierwszym razem zapłaciłem tzw. frycowe, bo nikt  nie nauczył mnie jak należy targować się o towar. W następnych wyjazdach towarzyszyłem moim, doświadczonym już w takich eskapadach, znajomym. Myślę, że właśnie ten fakt przyczynił się do tego, że te „wycieczki” zaczęły przynosić dochód. Takie wyjazdy miały swój koloryt i pewną dozę adrenaliny. Wiązały się one z postojami na granicach przez dobę lub dwie, dodatkowo na każdej z nich trzeba było wyciągnąć i pokazać wszystko, co miało się    w torbach. Taki wyjazd oznaczał też stanie na targowiskach w Rumunii czy dzisiejszej Ukrainie, spanie w samochodzie, bo opłata kilka dolarów za nocleg w Istambule w tamtych czasach była dla mnie zbyt dużym luksusem.

Istambuł oczarował mnie już za pierwszym razem. Była to dla mnie pierwsza tak egzotyczna podróż. Zupełnie inna od naszej kultura, architektura ze wspaniałymi meczetami oraz ogromna ilość i wybór towaru w sklepach – w tamtych czasach było to dla nas istnym szokiem. Miasto z nieustannym ulicznym zgiełkiem, wypełnione kolorowym tłumem ludzi, którzy co kawałek chcieli coś sprzedać lub kupić. Istambuł z pyszną turecką herbatą, olbrzymim targiem pełnym sklepików i handlarzy oraz pięknymi mostami nad cieśniną Bosfor. Egzotyka tego miejsca działała na mnie jak magnes i byłem pod jego ogromnym wrażeniem. Zachwyt nad tym miastem trwa u mnie do dziś.

Po wielu wyjazdach, które trwały ponad rok, udało mi się uzbierać dość pokaźną sumę rubli, bo właśnie w tej walucie, w krajach byłego ZSRR, najczęściej kończyły się transakcje sprzedaży tureckich ubrań czy kosmetyków. Później wystarczyło już tylko kupić za nie złoto, przywieźć i sprzedać w Polsce, by następnie wymienić tę sumę na dolary i wybrać się do Pewexu po wymarzoną kamerę… Ponieważ ani we Lwowie, ani w innych miastach tej części ZSRR nie było tego kruszcu, po jego zakup należało się udać nieco dalej.

W lipcu 1989r wybrałem się w podróż na Syberię. Zapewniano mnie, że tam znajdę interesujący mnie kruszec. Dwa tygodnie rejsu po Irtyszu i Obie, aż za koło podbiegunowe dostarczyło mi niezapomnianych wrażeń, które do dzisiaj wspominam. Nigdy nie sądziłem, że w tak potężnym kraju, jakim w naszych oczach było wtedy ZSRR ludzie mogą żyć w tak skrajnie ubogich i trudnych warunkach. Surowy klimat za Uralem, bezkresne przestrzenie pozbawione dróg, poza Tiumeniem niewielkie miejscowości położone wzdłuż tych dwóch potężnych rzek, którymi płynęliśmy, a w nich sklepy, w których kompletnie nie było towarów. Spotkałem tam ludzi, którzy chyba zupełnie nie mieli pojęcia, że można żyć inaczej. Chociaż mieli pieniądze, to praktycznie nic nie mogli za nie kupić. W czasie podróży spotkałem dwoje, mówiących dość słabą polszczyzną, ludzi – potomków naszych zesłańców. Ze łzami w oczach chcieli porozmawiać  o czymkolwiek, przytrzymać rękę i dać wyraz tego, że nadal czują się Polakami. Byliśmy niedaleko Workuty, gdzie tysiące naszych rodaków budowało linię kolejową. Widziałem pozostałości tych torów i nie ukrywam, że trudno było oprzeć się ogarniającemu mnie wzruszeniu. W kilku miejscach spotkaliśmy autochtonów, dla których świat niewiele się zmienił – dalej łowili ryby, trudnili się myślistwem i mieszkali w jurtach. Odniosłem wrażenie, że takim ludziom socjalizm nie zamknął okna na świat, bo chyba go też specjalnie nie potrzebowali. Wspaniałe krajobrazy syberyjskiej tundry rekompensowały rozterki towarzyszące obserwacji trybu życia i losu tamtejszej społeczności. Rejs odbył się w lipcu. Lato jest tam bardzo krótkie, jednocześnie bardzo upalne, czego mogliśmy doświadczyć. Co więcej, w całym swoim życiu nie widziałem tylu komarów – jakikolwiek postój przy brzegu czy w jakiejś miejscowości sprawiał, że większość, mimo zabezpieczeń, wracała na pokład z mnóstwem bąbli po ugryzieniach. Dwa tygodnie rejsu to szmat czasu. Na pokładzie było kilkadziesiąt osób, w większości Polaków, a także kilkunastu Rosjan – wspólne śpiewy, zabawy, rozmowy, również o… polityce. „Zobaczycie, – mówiliśmy do Rosjan – że ten Wasz Sojusz się rozpadnie. No i rok później rzeczywiście, stało się. W czasie podróży zawiązały się nowe znajomości, przyjaźnie. Do dzisiaj utrzymuję kontakt z „Czaplą”, a często wspominam Jaśka, Zbyszka czy Piotra.

Przywiozłem z podróży trochę złota, ale ponieważ zostało mi jeszcze sporo rubli dwa miesiące później  wybrałem się na wycieczkę na Kaukaz. Tam niestety nie było złota, jednak dzięki tej podróży zobaczyłem przepiękne góry i byłem pod Elbrusem. Zdziwienie,  a wręcz strach wzbudził wtedy we mnie widok broni palnej u taksówkarza, który wiózł nas z jednego miasta do drugiego, gdzieś w okolicach Groznego. Zapytany o to, po co wozi ze sobą broń, odpowiedział, że czasem bywa tu dość niebezpiecznie. Niecały rok później, po mojej podróży, w Groznym wybuchła wojna. Szokujący był dla mnie widok kobiet pracujących za pomocą ciężkich narzędzi, takich jak kilof czy młot, gdy tuż obok nich dumnie przechadzali się oficerowie radzieckiej armii. W hotelu, w którym mieszkaliśmy pojawiło się człowiek, które za kwotę 100$ zaoferował nam przelot helikopterem wojskowym na drugą część Kaukazu, gdzie podobno było złoto. Jednak taka wycieczka dla mnie wiązałaby się już ze zbyt dużym ryzykiem i adrenaliną… Tak czy owak, były to ciekawe czasy. Po powrocie z Kaukazu wymieniłem jakimś cudem ruble na złotówki i w końcu kupiłem swoją wymarzoną kamerę.