W pierwszych dniach marca 2012r wyruszamy na firmową eskapadę do Kenii. Już przy schodzeniu po schodach samolotu na płytę lotniska w Mombasie czujemy, że to Afryka. Jest ok. 21.00, a tu niesamowity upał. Nawet powietrze jakoś inaczej pachnie niż u nas. Przy odprawie doświadczamy tego o czym nam mówiono: „pole, pole” czyli powoli, powoli. Oj i to jak powoli! Po 2-3 dniach przywykliśmy do tego nawet w naszym luksusowym hotelu. Nawet do tego, że zamiast zamówionej kawy można było dostać herbatę lub zamiast wina piwo. Na to też jest odpowiedź: „this is Africa”. Jak zawsze towarzyszy nam jednak dobry humor. Mojego humoru nie zmącił nawet fakt, że kiedy tuż po przybyciu do hotelu wziąłem moją nową kamerę, aby zrobić kilka ujęć, kolega dla zabawy pchnął mnie do basenu nie widząc, że mam ją w ręku. Luksusowy hotel tuż przy plaży, basen, wyśmienite jedzenie, występy artystów, drinki czyli… nuda. Broń Boże nie mam tu na myśli naszej ekipy, bo świetnie się ze sobą czujemy i bawimy. Tym razem opiekuje się nami Michał czyli Cyna, a z nim nie można się nudzić, nawet jeśli tylko opowiada o wojażach po świecie.

Plaże Mombasy

Plaża jest tuż przy hotelu więc już następnego ranka robię sobie dłuższy spacer plażą. Zazwyczaj takie hotele posiadają zamknięty dla tubylców teren plaż. Tu jest inaczej. Na plażę przychodzi także miejscowa ludność. Mieszkańcy miasta kąpią się w morzu, wypoczywają w swoim gronie na rozgrzanym piasku, a spora część miejscowej ludności zamieszkuje brzegi i żyje z tego co morze im daje.  5-7 km spaceru plażą w jedną i drugą stronę i co chwilę mogę zobaczyć tamtejsze zwyczaje oraz poczuć klimat tego miejsca. Tuż przy wyjściu z hotelu na plażę miejscowi handlarze rozstawiają swoje stragany zachęcając do kupna oferowanych towarów. Kolorowe chusty z afrykańskimi motywami mają swój urok i można poszukać inspiracji do zdjęć. Bardziej interesuje mnie jednak normalne, codzienne życie tubylców, więc kiedy spaceruję brzegiem mogę zobaczyć tych, którzy małymi łodziami wypływają w morze i łowią ryby. Kiedy wracają, przychodzą do nich tutejsze kobiety z wiaderkami bądź plastikowymi torbami i handel odbywa się na miejscu. Młodzi chłopcy grają w piłkę, ktoś bawi się z psem, chłopak przytula się do dziewczyny, młody mężczyzna idzie ze mną 2 kilometry opowiadając o swoim sklepie przy plaży, licząc na to, że stanę się jego klientem. Sympatyczna dziewczyna idąca plażą podchodzi i zagaduje po angielsku, a potem w rozmowie opowiada o swojej pracy, rodzinie, o tym jak trudno jest tu żyć. Okazuje się, że za mój aparat z obiektywem warty ok. 6.000 € mógłbym tu otworzyć i utrzymać dobrą restaurację… Mombasa jest  największym afrykańskim portem i tuż po Nairobi, drugim co do wielkości miastem w Kenii. Oficjalnie mieszka tu ok. 1 mln ludzi, ale można szacować, że nikt nie wziął pod uwagę co najmniej kilkuset tysięcy imigrantów. Dziewczyna, z którą rozmawiam przyjechała z Ugandy szukając tu pracy. Zarabia ok. 50-60 € na miesiąc. Dla wielu biedaków, którzy podejmują się każdej możliwej pracy w Mombasie, to bardzo dobre zarobki. Kilkaset metrów od hotelu w skalnej niszy przy plaży spotykam dwóch tubylców, którzy przy pomocy dłuta, pilnika i ręcznej piłki wyczarowują piękne breloczki lub tabliczki z drzewa hebanowego z dowolnym napisem i wzorem. Jestem zdumiony, że w tak prymitywnym warsztacie ci ludzie potrafią wykonać takie cuda. Późniejsze zwiedzanie manufaktury pamiątek przekonuje mnie, że takimi właśnie metodami i w niewiele lepszych warunkach tworzy się prawdziwe dzieła sztuki.

Manufaktura pamiątek

Kiedy widzi się w sklepie lub też u wędrownego handlarza różnego rodzaju pamiątki od małych koralików po rzeźby zwierząt, większych niż człowiek, to z reguły nie zastanawiamy się, gdzie i przez kogo zostały one wykonane. Na obrzeżach Mombasy jest jedna z największych albo i nawet największa w Afryce fabryka pamiątek. W jej sklepie firmowym możemy zobaczyć lub kupić tysiące wyrobów, które powstają w tym miejscu. Używając w tym przypadku słowa fabryka należy na pewno postawić cudzysłów. Setki prowizorycznych szałasów, często z dziurawymi dachami z brezentu i pewnie z tysiąc osób w prymitywnych warunkach tworzy te cuda, które potem możemy oglądać czy kupić. W to miejsce ściągani są ludzie pochodzący z różnych afrykańskich plemion, którzy przejawiają talent i zmysł artystyczny. Jedni rzeźbią, inni malują lub też polerują wyroby, a jeszcze inni dbają o to, by używane narzędzia działały sprawnie i bez zarzutu. Jest to swego rodzaju spółdzielnia, która w jakiś sposób dzieli zyski z wyrobu i sprzedaży tych dzieł. Zadziwił mnie prymitywizm wykonywania tych, niejednokrotnie pięknych przedmiotów. Imadłem najczęściej są stopy człowieka, w którego rękach sprawnie porusza się dłuto, siekiera, piła czy pędzel. Pojęcie zasad BHP raczej na pewno tu nie występuje ….

Safari

Po szóstej rano wyruszamy kilkoma samochodami na dwudniowe safari do Parku Narodowego Tsavo. Jest to główny punkt programu naszej wycieczki do Kenii. Jedziemy ulicami Mombasy. Nie mogę oderwać oczu od tego, co widzę z jadącego samochodu. Ten niezwykły widok stanowią tętniące życiem ulice Mombasy. Poranne godziny, gdy ludzie idą do pracy, rozstawiają swoje stragany, matki prowadzące dzieci do szkoły oraz naganiacze lokalnych busów pokrzykujący na ludzi, by wybrali ich pojazd. Obserwuję dziesiątki wozów z dyszlami, które są ciągnięte siłą ludzkich mięśni, a także olbrzymie wysypisko śmieci, na którym swoje szałasy wybudowali miejscowi śmieciarze, a to wszystko jest tylko kilka kilometrów od centrum Mombasy, gdzie w olbrzymim skwarze i tumanach kurzu przemieszczają się i żyją ludzie. Ta tętniąca życiem ulica jest zupełnie inna od tej spotykanej w Europie. Moja myśl: Muszę tu wrócić! Jeszcze nie wyjechaliśmy z Mombasy, a ja już myślałem co zrobić, by jeszcze raz zobaczyć te miejsca.

Do Tsavo mamy ok 200 km. Jedziemy jedyną asfaltową drogą w Kenii, która łączy Mombasę z Nairobi. Obok biegnie jedyna linia kolejowa, która także przebiega pomiędzy tymi dwoma miasta. Transport kolejowy jest tu jednak znikomy, więc drogą pędzi tysiące ciężarówek. Co jakiś czas mijamy „myjnię samochodową” – plastikowa beczka z wodą, garnuszek i szczotka. W taki sposób miejscowi ludzie czyszczą swoje samochody. Kierowca jest tu kimś ważnym i rzadko samodzielnie zabiera się za taką pracę. Im dalej od Mombasy, tym mniej domów. Jałowa ziemia, na której widać co jakiś czas uprawy oraz biednie wyglądające chatki, najczęściej z gliny – to najbardziej rzucający się w oczy widok. Kawałek blachy falistej, który służy często na konstrukcję dachu czy ściany jest tu bardzo cennym towarem. Kilkanaście kilometrów przed parkiem widzimy kilka zebr i zaczynają się emocje związane z wypatrywaniem zwierząt. Wjeżdżamy do parku i wszyscy wystawiamy głowy, by zobaczyć afrykańską florę i faunę. Przewodnik mówi nam, że w tym parku z tzw. wielkiej piątki – słoń, lew, nosorożec, lampart i bawół, uda nam się zobaczyć słonia i być może bawoła. O innych możemy tylko pomarzyć, bo tu jest to niesłychana rzadkość. Po 2-3 km jazdy widzimy w krzakach pierwszą antylopę. Ależ radość! A parę kilometrów dalej kilka słoni! Cóż za szczęście i jakie emocje! Oglądanie tych samych zwierząt w ZOO to zupełnie nie to samo. Emocje, które towarzyszą mi w wypatrywaniu dzikich zwierząt przeplatam obserwacją krajobrazów. Pora „sucha” ma się ku końcowi, a więc roślinność nie jest soczysto zielona. Mamy i tak szczęście, że w nocy spadł deszcz, więc nie jedziemy w tumanach kurzu. Olbrzymie przestrzenie z każdej strony, drzewa, krzewy, trawy i zapach… Afrykański busz  pachnie tak odmiennie od wszystkiego, co znałem do tej pory… O jest! Żyrafa! Nie sądziłem, że jej widok wzbudzi we mnie takie emocje. Jeśli tylko wypatrzymy jakieś zwierzę kierowcy zatrzymują się, aby można było zrobić zdjęcie i chwilę je poobserwować. W czasie drogi, co jakiś czas można dostrzec kilka antylop schowanych w cieniu drzew, bo skwar południowego słońca daje im się we znaki. Dość często widzimy antylopę dick-dick – to najmniejsza antylopa wielkości małego psa. Po kilku godzinach dojeżdżamy do wygodnego hotelu w środku parku. Jest on położony na wzgórzu, z pięknym widokiem na olbrzymie połacie sawanny. Z każdej jej części docierają nas odgłosy wydawane przez zwierzęta. Sawanna tętni życiem. Ktoś poluje, a kogoś upolowano… Ochrona dba o to, aby gość nie wybrał się nawet kilkadziesiąt metrów poza teren hotelu, bo można nie wrócić J W pobliżu hotelu zrobiony jest specjalny wodopój i kiedy jemy na tarasie obiad można obserwować tuż obok antylopy, które przychodzą zaspokoić pragnienie. Po posiłku wyruszamy na dalsze poszukiwanie afrykańskich zwierząt. Żyrafy cały czas są dla nas bardzo atrakcyjnym obiektem do obserwacji, czasem w powietrzu lub na drzewie można spotkać jakiegoś skrzydlatego drapieżcę, świetnie prezentują się także sekretarze. Jedziemy w pierwszym samochodzie. Nic się nie dzieje, jaki tu spokój, la, la, la, la… i nagle, tuż przed nami przyczajony przy drodze lampart!!! Z odległości kilku metrów robię zdjęcia, zapominając o parametrach nastawiania przysłon czy czułości. Emocje sięgają zenitu, bo nikt nie spodziewał się takiego „rarytasu”. Sam kierowca, który setki razy przemierzał tę trasę jest podekscytowany. Co za piękny kot! I jaki wyrozumiały. Pozwolił nam przez kilka minut patrzeć na siebie J Chwilę później podjeżdżamy koło małego stawu i … JEST!!! LEW !!! Lew odpoczywający obok upolowanego bawoła. To niesamowite! To prawie niemożliwe, a jednak – widzimy lwa! Safari to nie jest ZOO, zupełnie inne emocje towarzyszą spotkaniu z królem zwierząt w jego naturalnym środowisku.

Następny dzień safari rozpoczynam od powitania wschodzącego słońca nad sawanną. Jak zwykle w takich magicznych chwilach towarzyszy mi swego rodzaju wzruszenie. Widok wschodzącego słońca, odgłosy i zapach sawanny… Gdy zamknę oczy to wciąż jeszcze widzę, słyszę i czuję…

W kolejnym dniu na safari nic nie zdołało przebić emocji poprzedniego dnia, kiedy pojawił się lampart, a zaraz potem lew. Zwiedzamy inne zakątki parku, z odmienną roślinnością, tereny usiane wzgórzami i rezerwat parku ze źródłami rzeki, której woda pobierana jest do Mombasy. Safari wzbudza emocje i jest pięknym, ciekawym przeżyciem. Ale ja już kombinuję jakby tu wrócić na ulice Mombasy…

Masajowie

Wioskę Masajów odwiedzamy wracając do Mombasy z naszego dwudniowego Safari. Wioska znajduje się niedaleko Mombasy, a postęp cywilizacyjny wyraźnie odcisnął tam swoje piętno. Dzieci Masajów mają tu swoją szkołę, kilku dorosłych całkiem nieźle mówi po angielsku, a zwiedzanie odbywa się po z góry ustalonej przez plemię cenie (20 € od osoby). Widać, że ta wioska żyje z turystów. Jednak większość tego, co jest w obyczajach i kulturze Masajów możemy nadal zobaczyć. Domy ulepione z gliny i krowiego łajna, dumni mężczyźni mający po kilka żon, hierarchia ważności członków plemienia, tradycyjne stroje i zwyczaje, wygolone głowy Masajek i w naszym odczuciu prymitywne narzędzia oraz styl życia. Na policzkach oraz czołach jeszcze małych dzieci widać wypalone, koliste znamiona – zapewne znak przynależności do konkretnego klanu. Kiedy wchodzimy na teren wioski i kilka osób wyciąga cukierki, dzieci rzucają się po nie niczym wygłodniałe zwierzęta. Budzi to w nas mieszane uczucia, że dzieci, aż do tego stopnia, mogą być spragnione takich łakoci. Jednak zanim dzieci zdążą spróbować słodyczy, dorośli Masajowie zabierają im te prezenty, przeliczają, a potem równo dzielą je na wszystkie dzieci – sprawiedliwe zasady. W naszym pojęciu, to co widzimy w tej wiosce, to bieda. Gdybym jednak miał wybrać – być Masajem lub mieszkać gdzieś na obrzeżach Mombasy, zdecydowanie wybrałbym żywot Masaja. Zafascynowały mnie ich twarze. Najczęściej są to ostre rysy, które noszą ślady niełatwego życia. Wódz plemienia, który nie ma jeszcze pięćdziesiątki, wygląda jak mój dziadek i proces szybszego niż w naszej kulturze starzenia się  człowieka jest tutaj wyraźnie widoczny. Kilkadziesiąt minut obcowania z Masajami utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że chciałbym eksplorować różne części świata, by mieć możliwość poznania równie niezwykłych kultur oraz ludzi. A do Afryki i Masajów mieszkających daleko w sawannie na pewno kiedyś wrócę.

Ulice Mombasy

Jeszcze przed wylotem do Kenii ostrzegano nas, że poruszanie się po ulicach Mombasy, zwłaszcza samotne, nie jest zbyt rozsądne i bezpieczne. Sytuacje, w których ktoś bardzo szybko i nieoczekiwanie traci portfel, torebkę, aparat fotograficzny lub kamerę, nie należą do rzadkości. Ponadto ludność miejscowa bywa czasem dość nieprzyjazna wobec osób o innym kolorze skóry.

Nie wiem dokładnie dlaczego, ale odkąd pamiętam, zawsze fascynowały mnie lokalne targi i stragany, ulice zapełnione miejscowymi ludźmi, którzy spieszą się do swojej pracy, dziećmi idącymi do szkoły. Uliczne sklepiki czy slumsy biedoty przyciągają mnie niczym magnes.

W 1990r kiedy nasz statek przybił do Dżakarty wziąłem taksówkę i kazałem zawieźć się na slumsy. Więcej o tym wspominam w części Daleki Wschód. Od tego czasu minęło ponad 20 lat, a mnie wciąż fascynują i przyciągają podobne miejsca. Kiedy w drodze na safari zobaczyłem ulice Mombasy, zapełnione różnorodnym tłumem ludzi, wiedziałem, że zanim wyjadę z Kenii, muszę tu wrócić. Aby było bezpieczniej, na tę eskapadę umówiłem się z moimi dwoma znajomymi, jednak o umówionej wcześniej, szóstej rano przy recepcji, oprócz mnie, nie zjawił się nikt. Cóż… wziąłem taksówkę i samotnie wyruszyłem na ulice Mombasy. Mimo wczesnej pory, powietrze było gorące i duszne. Nawet otwarta w samochodzie szyba nie dawała zbyt wiele orzeźwienia. Gdy kierowca zobaczył spoczywający na moich kolanach aparat, poradził mi, aby kilka razy owinąć pasek aparatu wokół ręki, ponieważ ktoś z łatwością mógłby podbiec i wyrwać mój sprzęt, a ja szybko zostałbym z niczym…

Wysiadłem z taksówkarzem tuż obok promu łączącego dwa brzegi rzeki. Ujrzałem różnokolorowy tłum ludzi schodzących z promu, spieszących do pracy, dziesiątki lokalnych busów z „naganiaczami” szukającymi klientów, ulicznych handlarzy przy stoiskach z jedzeniem, grupki dzieci czekających na autobus do szkoły. Dostrzegłem niesamowity kontrast pomiędzy pięknymi reklamami różnych usług i produktów, a tuż obok walającymi się wszędzie śmieciami i biedotą. Skwar i kurz, piękne oczy muzułmanki spoglądające na mnie spod czadoru, małe dzieci noszone w chustach matek niczym najcenniejszy skarb – to wszystko było tak fascynujące!

Jednak ulice Mombasy to nie Azja czy Istambuł, gdzie obiektyw aparatu skierowany w stronę ludzi wywołuje ich uśmiech lub gest pozdrowienia. Tutaj już po 2-3 ujęciach doświadczam, że jest zupełnie inaczej. Zmarszczone czoła, złość bijąca z oczu niektórych mężczyzn, odwracanie twarzy, wręcz agresja skierowana w moją stronę. Mój obiektyw 28-300 mm waży ponad 1,5 kg i ma kilkadziesiąt centymetrów długości i wiem, że nie mogę schować go w dłoni, aby w dyskretny i niezauważalny sposób robić zdjęcia. Układam więc aparat na biodrze, idę kilkaset metrów chodnikiem i robię serię zdjęć. Nie są one tak dobre, jak chciałbym by były, często nieostre, wykonywane na szybko i z niezbyt dogodnej pozycji, ale pragnę, by chociaż kilka z nich przypomniało mi ten barwny i inspirujący tłum.

Poprosiłem taksówkarza, aby, na ile to możliwe, był moim przewodnikiem i ochroniarzem… W ciągu 3 godzin, które z nim spędziłem, wędrując po ulicach, trzy lub cztery razy dawał jakieś kwoty pieniędzy tubylcom, którzy zaczynali dość agresywnie reagować, gdy próbowałem skierować obiektyw w ich stronę.

Niezbyt dobrze mówię po angielsku, napotkany taksówkarz też nie wykazywał zbyt dobrej znajomości tego języka, dlatego trochę czasu zajęło nam ustalenie miejsca, gdzie najbardziej chciałem pojechać. Nazwałem sobie to miejsce „wrotami piekieł”. Przez owe wrota przejechaliśmy w drodze na safari. To ok. 7-10 km głównej drogi, spowitej w tumanach kurzu, z tropikalnym słońcem równika w zenicie. Przejeżdżając tamtędy zamyka się wszystkie szyby samochodu i zasłania usta, z drugiej strony w tym samym obszarze ludzie idą do pracy, rozkładają swoje uliczne stragany, a obok są ich domy i miejsca pracy. Wielu ludzi z różnych części Kenii i Afryki przyjeżdża w to czy inne, podobne rejony, próbując polepszyć swój byt, bo tam, gdzie żyli, było jeszcze gorzej. Będąc tylko przez chwilę w takim miejscu jak to i porównując je z odwiedzoną wioską Masajów, gdybym musiał wybierać, gdzie chciałbym żyć, bez zastanowienia zdecydowałbym się na bycie Masajem i wiem, że byłoby to życie pełniejsze, szczęśliwsze.

Urodziłem się w czasach „słusznie uznanych za niesłuszne” i dopóki po raz pierwszy nie przekroczyłem w 1988 r granicy RFN, nie odczuwałem, że żyję w państwie, które z racji swojego systemu, zamknęło mi wiele możliwości. Kiedy w 1989r. byłem przez dwa tygodnie na Syberii i trochę rozmawiałem z tamtejszymi ludźmi, widziałem ich codzienny byt, pomyślałem, że w tym wielkim państwie żyją jak niewolnicy.  Wtedy byłem wdzięczny za swój los, za to, że jestem Polakiem i mogę mieszkać w Polsce. Rok później zachwycałem się ekskluzywnymi hotelami Manili nad oceanem, a po drugiej stronie tej samej ulicy i widziałem domy ludzi przy wysypisku śmieci, gdzie dzieci razem z psami szukały czegoś do jedzenia. W Jakarcie oglądałem z zewnątrz zachwycający i pełen dekoracji pałac prezydenta, podczas, gdy trzysta metrów od niego, pod mostem, mieszkała wielodzietna rodzina. Dotarło do mnie wtedy, że dopóki człowiek nie posmakuje innego świata, innych warunków życia, wolności, nie czuje się nieszczęśliwy, bo skala bycia szczęścia, satysfakcji czy bogactwa jest tak naprawdę umiejscowiona w środowisku, w którym się urodził i żyje.

Kiedy zatem fotografuję tych biednych w naszym pojęciu ludzi i środowisko, w którym żyją, podchodzę do takich sytuacji w sposób bardziej „warsztatowy”. Zastanawiam się raczej jak uwiecznić te miejsca, ludzkie zachowania i twarze niż to, jak mógłbym im pomóc. Nie uniknąłem i zapewne nie uniknę jednak chwil pełnych emocji i wzruszenia, czasem łez, które w podobnych środowiskach zdarzają mi się, zwłaszcza wtedy, kiedy tematem fotografii jest dziecko. Nie wyzbędę się empatii i też nie chcę tego robić. Fotografując, nie tylko patrzę i myślę nad tym co i jak robię, ale również, a może przede wszystkim angażuję w to swoje uczucia.

W nazwanych przeze mnie „wrotach do piekła” spędziłem około pół godziny. Za mało, aby zrobić wystarczająco dużo zdjęć, aż nadto, aby chcieć stamtąd uciec…

Wracamy w kierunku centrum Mombasy. Co jakiś czas wysiadam z samochodu, bo dostrzegam np. ulicznego szewca, który naprawia klapki, ludzi, którzy w prymitywnych, w naszym pojęciu, warunkach gotują coś na ulicy, by w ten sposób zarobić na życie. Mijam dwóch młodzieńców na chodniku, którzy naprawiają motocykl i kilkoro dzieci przed szkolną bramą, wpatrujących się z uwielbieniem w nowe ołówki wystające z kartonu ulicznego handlarza. Gdybym tylko mógł, z chęcią spędziłbym w takich miejscach wiele czasu i wiem, że nie byłoby to dla mnie nudne. Wręcz odwrotnie – fascynuje mnie ulica i ludzie, których można tam spotkać. Doświadczyłem jednak wyraźnie tego, że w różnych częściach świata podobne środowiska ludzi mogą inaczej reagować na człowieka o innym kolorze skóry, trzymającego aparat w dłoni. Taksówkarz przejechał ze mną ponad 40km. Chciał 50€. Dałem mu 80. Dla mnie było warto.