W 2011r polecieliśmy na firmową wycieczkę na Maderę. Przed wycieczką nie szukałem informacji na temat tej wyspy. Kojarzyła mi się tylko z typowym wypoczynkiem, a więc hotelem, plażą, basenem. Na szczęście myliłem się sądząc, że ten wyjazd będzie oznaczał jedynie leżenie na piasku przy morzu i hotelowe lenistwo. Ta wyspa jest istnym rajem na ziemi i krainą wiecznej wiosny. Siedem dni to za mało, aby ją dobrze poznać, ale wystarczająco dużo, aby się w niej zakochać.

Nasz hotel położony był na sporym klifie, skąd rozpościerał się piękny widok na morze, w którym codziennie wieczorem słońce zatapiało swój złocisty krąg barwiąc fantazyjnie chmury na horyzoncie. Wzdłuż brzegu ciągnęła się niewidoczna z hotelowego okna niewielka miejscowość, na końcu której widać było wielką górę szczelnie oblepioną drzewami. Pogoda była dość zmienna – raz słoneczna, a czasem znowu przez chwilę padał deszcz, więc krajobraz co chwila magicznie się przeistaczał, nawet jeśli człowiek nie ruszał się z miejsca. Już widok z hotelowego tarasu zachęcał do zwiedzania wyspy i to właśnie zamierzaliśmy robić. Sam przejazd z lotniska do hotelu był dla nas nie lada atrakcją. Dziesiątki tuneli przecinających, dość wysokie, stożkowate najczęściej szczyty. Setki domów, wręcz całe miejscowości wyglądające tak, jakby ktoś zawiesił je gdzieś pod niebem i przyklejone wręcz do tych gór. Wszystko to wprawiało nas w zdumienie. Zakręt za zakrętem, tunel za tunelem i kiedy się z nich wyjeżdżało, oto rozpościerał się nowy widok. Czasem podobny, a czasem zupełnie inny od tego oglądanego przed wjazdem do tunelu. Cóż za widoki!

Tuż po zakwaterowaniu się w hotelowym pokoju wyruszam, jak zwykle pieszo, na zwiedzanie najbliższej okolicy. Udaję się nad brzeg morza, które tego dnia było dość mocno wzburzone. Dochodzę do niego wąskimi uliczkami, czasem wędruję schodkami łączącymi posesje domów lub ulic. Już te kilkaset metrów, które przemierzam w kierunku morza pokazuje mi, że każdy metr kwadratowy ziemi jest tu odpowiednio zagospodarowany i coś na nim rośnie. Wszędzie słychać śpiew ptaków, a każda, nawet najmniejsza szczelina w skale to miejsce, gdzie rosną piękne sukulenty. Raz są zielone, raz różowe, a czasem czerwone. Im większy kawałek skały, tym więcej roślinności. Kwiaty, które w Europie hoduje się w doniczkach, na Maderze rosną w ogrodach. Na ulicznych klombach, w parkach, ogrodach rosną storczyki, prymule, lilie, hortensje, jacarandy, azalie drzewiaste i wyglądające jak drzewa gwiazdy betlejemskie…

Pierwsza hotelowa kolacja była dla mnie miłą niespodzianką. Czekał na mnie tort i odśpiewane w portugalskim języku sto lat. W tym właśnie dniu obchodziłem urodziny, a za pamięć o nich dziękuję moim koleżankom i kolegom J Później podziwialiśmy piękny zachód słońca, więc nasz pierwszy dzień pobytu na wyspie rozpoczął  się bardzo miło i sympatycznie.

Następnego dnia, mimo niesprzyjającej i w większości deszczowej pogody postanowiliśmy zwiedzić wyspę. Świetny humor dopisuje i śmiejemy się nawet z tego, że czasem woda kapie nam za kołnierze. Spaceruję drogą położoną na wysokim morskim klifie. Nad głową mogę podziwiać, sięgające prawie chmur, wysokie, zielone górskie szczyty, oblepione w dolnej części tysiącami sukulentów w różnych kolorach. Przy drodze rosną wielobarwne kwiaty, a wśród nich białe kalie, które mają tu swoje naturalne środowisko. Zewsząd dochodzi  śpiew ptaków, zakłócony tylko szumem spadającego, prawie jak z nieba, wodospadu. Jest naprawdę pięknie. Pyszna ryba zjedzona w restauracji przy brzegu morza, gdzie w czasie posiłku okrągła sala na piętrze obraca się dookoła własnej osi dopełnia szczęście naszej dzisiejszej wycieczki.

Następnego dnia jedziemy na Ponta de Sao Lourenzo – półwyspu na północno-wschodnim krańcu wyspy. Wyprawę rozpoczynamy od miejscowości Canical. Półwysep ciągnie się przez dobre kilka kilometrów. To nie sztuka, by go zwiedzić w ciągu 3-4 godzin, jednak niezbędna jest chociaż odrobina kondycji. Naprawdę polecam obejrzenie tego półwyspu.  Jak dla mnie był on bardzo piękny. Niektóre części szlaku przywodzą mi na myśl moje ukochane Bieszczady, ale surowe klify smagane przez wiatr i wodę Atlantyku przypominają, że jesteśmy w całkiem innej części naszego globu. Powulkaniczne skały szaleją paletą barw, raz jest to ciemny bazalt, raz czerwone, żelaziste skały poprzeplatane siarką, a morze co chwila ma inną barwę. Tu odezwała się i to dość mocno kontuzja kolana, jednak i tak praktycznie biegam, by zrobić jak najwięcej zdjęć.

Kolejny dzień i kolejna wycieczka, tym razem do stolicy Madery – Funchal. Miasto jest nazywane „małą Lizboną” i dosłownie tonie w kwiatach. Wjeżdżamy kolejką na górę Monte, królującą nad miastem. Z kolejki podziwiamy panoramę pełnego kwiatów i drzew miasta, by w końcu spojrzeć na ten sam widok ze szczytu. W to miejsce już od końca XIX w. przyjeżdżali kuracjusze z całej Europy, zwłaszcza w okresie zimowym. Po krótkim pobycie na górze wsiadamy znów do kolejki i zjeżdżamy trochę niżej do ogrodu botanicznego. Rośnie tu ponad 2.000 gatunków egzotycznych roślin pochodzących ze wszystkich kontynentów. Na Maderze czują się niemalże tak samo, jak w swoim naturalnym środowisku. Podziwiamy różne rodzaje palm, sekwoi, drzew laurowych, oliwek, kwitnących orchidei, azalii i strelicji, które stały się symbolem Madery. Ależ tu bajecznie! Krótko trwająca burza, która zastaje nas w tym miejscu tylko dodaje uroku temu otoczeniu.

Zjeżdżamy w końcu do miasta i niedaleko przystani dla jachtów, jemy wykwintny posiłek. Och, jak nam tu dobrze. Kiedy zostaje tylko godzina do odjazdu naszego autokaru, przemierzam ładnych parę kilometrów po wąskich, ale jakże pięknych i klimatycznych uliczkach Funchai. Większe place lub szersze ulice są tak ukwiecone, że trudno oderwać oczy od tego widoku. Przy jednym z deptaków trafiam na popiersie marszałka Józefa Piłsudskiego, który przebywał tu od 21 grudnia 1930 roku do 23 marca 1931 roku.

Na koniec robimy trochę pamiątkowych zdjęć i wracamy do naszego hotelu. To był naprawdę udany dzień. Jesteśmy na tyle zgraną paczką ludzi lubiących się bawić, że w końcu przestaje nam przeszkadzać fakt, że w tym hotelu nie ma dyskoteki. Nawet i bez tego świetnie się bawimy i śmiejemy do łez.  Dla licznych gości w tym hotelu, którzy są z Francji, Włoch czy Niemiec nasze zachowanie jest co najmniej dziwne, ale już w wielu innych zakątkach świata zauważyliśmy, że turyści z tych krajów wolą raczej obserwować jak inni ludzie tańczą na parkiecie niż dołączyć do zabawy. Ich problem, prawda Kasiu? Kasia natomiast jest najsympatyczniejszą szefową biura podróży, jaką kiedykolwiek poznałem. Razem z Michałem lub dla wielu znajomych Cyną tworzą fenomenalny duet ludzi, którzy nie tylko tworzą rodzinę, ale jak nikt inny potrafią zadbać o turystów. Cyna to specjalista od wypraw nurkowych. Wiem, że te wycieczki, które nam organizują, na które wspólnie z nami na zmianę jeżdżą są przyjemnością także dla nich, bo fajna z nas paczka.

Następny dzień był już niestety ostatnim spędzonym tutaj i chcieliśmy jak najwięcej zobaczyć. Zaczynamy od  wycieczki do Porto Moniz, na którą udajemy się wypożyczonymi samochodami. Miasteczko słynie z naturalnych, bardzo malowniczych basenów utworzonych przez wulkaniczne skały. Odmienność krajobrazu dostrzegana w tym miejscu fascynuje wszystkich. W basenach można się kąpać, ale tego dnia było to mocno ograniczone, ponieważ dzień wcześniej był mocny sztorm i obecnie jesteśmy świadkami wręcz spektakularnych fontann wody rozbijających się o skały basenów. Staram się złapać te widoki w kadrze aparatu i w końcu podchodzę najbliżej jak się da, ale miejscowy ratownik nakazuje mi odwrót. Ma rację, bo gdybym wpadł do tak wzburzonego morza, to na ostrych wulkanicznych skałach mógłbym stracić nie tylko naskórek na kolanie … Wysoko na wzgórzu wznoszącym się nad miasteczkiem można ledwie dostrzec sylwetki kilku jadących aut. Zakładam, że może to być dobre miejsce do obejrzenia panoramy i namawiam moich kompanów, aby tam pojechać. Chyba nigdy do tej pory nie jechałem takimi serpentynami. Droga jest nie tylko kręta, ale też bardzo wąska i niesłychanie stroma. W końcu jednak udaje nam się wyjechać na górę. Było warto! Przecudowna panorama na małe miasteczko – jakby tuż pod naszymi stopami, chociaż z tej wysokości wszystko wydaje się tak małe niczym widok z okien samolotu. Podziwiamy białe grzywy morskich bałwanów rozbijające się o skały basenów, błękit oceanu aż po horyzont i niebo z kilkoma białymi obłokami. Fantastyczny widok.

Przenosimy się do kolejnego miasteczka – Sao Vincence,  aby zjeść dobry obiad, a później zwiedzamy wulkaniczne jaskinie pełne kolorowych stalaktytów i malowniczych jeziorek. Oglądamy także medialny pokaz, w którym cofając się w czasie o miliony lat, opisywana jest historia powstania wyspy. Ciekawie spędzona część dnia kończy nasze zwiedzanie tej pięknej wyspy.

Rewelacyjny, łagodny klimat panuje tu przez cały rok. Cudowne krajobrazy gór i oceanu oraz wszechobecne tu piękne kwiaty, krzewy i drzewa, wśród których słychać nieustanny śpiew ptaków, nie bez powodu kuszą i przyciągają mieszkańców innych części świata. Wielu z nich marzy o tym, aby tu przyjechać, a nawet być może zostać na zawsze.

Kiedy 3 maja 2011r lądujemy w Warszawie na Okęciu doznajemy sporego szoku. Jest -1°C, sypie śnieg, a niektórzy z nas w drodze do domu napotykają zaspy i gołoledź. Chciałoby się krzyknąć: Wracam na Maderę!