Relacja z wyprawy do Nowej Zelandii opisana przez pilota Marię Kurasz -„Maorysię”

20-22.02.2014

Spotkałam się z grupą z Wrocławia na lotnisku. Kraków i Warszawa ma do nas dolecieć do Frankfurtu. Wszyscy w wyśmienitych humorach, większość grupy się zna, więc powitaniom, uściskom i rozmowom nie było końca. We Frankfurcie mamy czas na kawkę, zakupy i witamy się z Warszawą. Kraków dochodzi do nas kiedy rozpoczyna się boarding do naszego samolotu – idealnie! Oficjale powitanie i już zmierzamy 15 osobową grupą do samolotu linii Singapore Airlines. Przed nami pierwszy długi przelot – 12,5 godziny. Większość przespała, poszło sprawnie. Kolejne 9,5 godziny lotu z Singapuru trochę mniej przespane, ale lot również minął sprawnie. Łącznie mieliśmy 23,5 h lotu i 7 h na przesiadkach.

Na lotnisku w Christchurch, na południowej wyspie Nowej Zelandii najpierw odprawa paszportowa, następnie wywiad celny, czy nie mamy żadnych produktów spożywczych, pies sprawdzający nasze bagaże, prześwietlenie bagaży i nareszcie doczekaliśmy się wyjścia. W hali przelotów czekał już na nas Rick, kierowca i przewodnik na pierwsze kilka dni. Szybkie przepakowanie bagażu, zmiana odzieży na letnią. Stolica południowej wyspy przywitała nas temperaturą 31˚C. Nikt z nas jednak nie narzekał. W końcu uciekliśmy od chłodnej zimy z Polski.

Zapakowaliśmy się sprawnie do busa, po czym ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Rick trochę się przeraził, gdy usłyszał ode mnie ile miejsc chcemy zobaczyć, jednak udało nam się zwiedzić wszystko całkiem sprawnie. Mimo, że miasto wciąż przytłacza jednym wielkim placem budowy po tragicznym w skutkach ( śmierć 192 osób) trzęsieniu ziemi z 2011 roku, to New Regent Street zrobiła na wszystkich wrażenie – piękne, kolorowe domki szeregowe w stylu hiszpańskiej misji, klimatyczne kawiarenki, przejeżdżający akurat zabytkowy tramwaj, a przy jednym ze stołów na lunchu siedział słynny czarodziej Ian Backenburry Channel – ikona miasta Christchurch, mówca, który codziennie przez godzinę przemawia na Placu Katedralnym. Zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową z czarodziejem, wysłuchaliśmy opinii o historii Polski w pigułce i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Nasza trasa dziś była obfita w atrakcje krajobrazowe, tak więc mimo potwornego zmęczenia i świadomości, że w Polsce jest właśnie środek nocy, każdy starał się chłonąć jak najwięcej widoków, informacji i wrażeń. A było ich wiele: Zaczynając od zielonych pastwisk Canterbury Plain, poprzez lodowcowe jeziora Tekapo i Pukaki, pomnik owczarka, kościół dobrego pasterza aż do Parku Narodowego Góry Cooka. Miłośnicy fotografii mogli się dzisiejszego dnia wielokrotnie wykazać. Skusiliśmy się również na lunch w jednej z kawiarni w Geraldine, gdzie mieliśmy zamawiać kanapki, a wzięliśmy burgery: świeże i charakterystyczne dla NZ, z dodatkiem buraka, mięsem wołowym lub rybą, podawane z frytkami.

Dojechaliśmy do hotelu prosto na kolację o godz. 20:30. O 21:30 wszyscy rozeszli się do swych domków, by pierwszego dnia nadrobić zaległości we śnie i i śnić o kolejnych atrakcjach soczyście zielonej, pełnej uśmiechniętych ludzi krainy.

23.02.2014

Ze snu wybudził nas dzwonek budzika i poranny chłód świeżego, górskiego powietrza. Zza szczytów gór powoli zaczęło  się wyłaniać słońce, a góra Cooka dzielnie przebijała się przez chmury zachęcając do porannego spaceru. Spotkaliśmy się na wspólnym, obfitym śniadaniu. Przed wyjazdem w trasę udaliśmy się w okolicę, gdzie Rafał jako pierwszy wypatrzył papugi Kea. Było ich tam kilka. Pozowały nam do zdjęć niczym profesjonalne modelki, dzięki czemu zrobiliśmy im całą sesję.

Ruszyliśmy w trasę do miejscowości Kurow, po drodze mijając wiele pięknych, turkusowych jezior lodowcowych.

Winnica Kurow Pasqual Winery istnieje na rynku Nowozelandzkim od 2001 roku i specjalizuje się w produkcji wina Pinot Noir, a także m. in.Rieslinga, Gewürztraminera i Chardonnay. Smakowo dla większości wygrało Pinot Noir. Zwiedziliśmy winiarnię, zrobiliśmy spacer po winnicy i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę przy wapiennej jaskini, gdzie na ścianach skał znaleźć można maoryskie rysunki. Niestety widzieliśmy też podpisy nudzących się turystów, co zniszczyło efekt.

Kolejnym naszym punktem programu były słoniowe skały: ogromne, wapienne formacje wpisują się w krajobraz zielonych pól pasterskich pełnych owieczek.

Oamaru, nasze docelowe dziś miasto, spodobało się wszystkim: małe, przytulne, z białymi, zabytkowymi budynkami w stylu wiktoriańskim. Zrobiliśmy spacer po centrum, przyglądając się m. in. opuszczonemu już portowi i zabytkowej ulicy portowej, pełnej galerii i warsztatów rzeźb z wapienia.

Wróciliśmy do autobusu, by udać się do hotelu na godzinną sjestę. O 18:15 pełni energii ruszyliśmy na obfitą kolację do restauracji zlokalizowanej tuż nad wybrzeżem. Pojawiły się pierwsze dania typowo nowozelandzkie: steki wołowe z słodkimi ziemniakami kumaru, baranina, łososie, okonie morskie, a nawet zupa z owoców morza.
Objedzeni i zadowoleni ruszyliśmy w stronę centrum ochrony pingwinów niebieskich, gdzie usadzono nas na platformie widokowej, jednak brak możliwości robienia zdjęć i długie oczekiwanie na przybycie małych, granatowych nielotów zniechęciło nas i po zobaczeniu ok 20 okazów spasowaliśmy, wychodząc jako pierwsi po godzinie obserwacji.

Pełni nadziei na bardziej wnikliwą obserwację albatrosów i pingwinów żółtookich jutro, udaliśmy się do swoich pokoi, by zregenerować siły na kolejny dzień.

24.02. Oamaru – Dunedin

Dziś kolejny słoneczny dzień. Wyjechaliśmy z Oamaru w stronę Dunedin. Przejeżdżając przez region Otago przyglądaliśmy się miastom i miasteczkom, będącym niegdyś centrum wielkiej gorączki złota. Gdy dojechaliśmy do Dunedin, dotarliśmy do najbardziej stromej ulicy świata –Baldwin Street, po której wspięliśmy się na szczyt, robiąc na pamiątkowej ławeczce sesję zdjęciową. Następnie  przejazd obok najsłynniejszego w Nowej Zelandii uniwersytetu Otago i kierunek do zamku Larnach.

W zamku mieliśmy lunch, a następnie zwiedzanie komnat dawnych właścicieli zamku, rodziny Larnach, wraz z dokładną historią o swego rodzaju klątwie panującej nad tym rodem. Mówi się, że w zamku straszy, ale my czuliśmy się tam całkiem dobrze, a nasz angielski przewodnik był tak przejęty opowieścią, że można by stwierdzić jego pokrewieństwo z Larnachami.

9 ogrodów otaczających renesansowy gmach, zachwycało soczystością zieleni, precyzyjnością przycinania krzewów i kolorem kwiatów.. Miło było spędzić chwilę dłużej na terenie tej posiadłości.

Kolejnym naszym punktem programu był rezerwat albatrosów, gdzie z bliska przyglądaliśmy się tym ogromnym ptakom, określanym jako największe na świecie, pod względem rozpiętości skrzydeł. Albatrosy szybowały wokół nas pozując co jakiś czas do zdjęć. W górnym obserwatorium przyglądaliśmy się z za szyb gniazdom lęgowym ptaków oraz pisklętom.

Ruszyliśmy busem w kierunku rezerwatu pingwinów żółtookich. Po ostatniej wizycie u pingwinów niebieskich wszyscy byli niepewni tego, czy ten rezerwat zrobi na nich wrażenie. Nie było idealnie, gdyż pingwiny żółtookie są płochliwymi nielotami, jednak można było zobaczyć kilka z niewielkiej odległości, a najwięcej w szpitalu dla pingwinów. Tam jednak niektóre pingwinki wyglądały przygnębiająco. Furorę jako modelki zrobiły również lwy morskie, które wygrzewały się na skałkach w okolicy gniazd lęgowych pingwinów.

Wróciliśmy do Dunedin, gdzie po zameldowaniu w hotelu ruszyliśmy na spacer w kierunku centrum miasta – Octagonu. Tam na ulicy Georgestreet znajduje się od 52 lat ten sam steak house, w którym rozsiedliśmy się, by zjeść kolację. Spacer powrotny dobrze nam zrobił po tak obfitej kolacji. Czas zregenerować siły na kolejny dzień.

25.02. Dunedin – Te Anau

Dziś stosunkowo długi przejazd do miejscowości Te Anau, leżącej na skraju Parku Narodowego Fiordland. Zanim jednak tam dotarliśmy, na trasie mieliśmy wiele atrakcji krajobrazowych i przerwę w Gore. Miejscowość o tyle interesująca, że znajduje się tam Muzeum nielegalnej whisky – Hokonui Moonshine. Poznaliśmy historię szkockiej rodziny, która przybyła do Nowej Zelandii, by w ukryciu produkować i sprzedawać domowym sposobem wyrabiany złoty trunek. Obejrzeliśmy film, zwiedziliśmy muzeum i skorzystaliśmy z degustacji świeżego i kilkuletniego złotego trunku.

W Gore mieliśmy również przerwę na lunch i kawę, by naładować akumulatory przed dalszą jazdą. Ok 17:00 dojechaliśmy do Te Anau, urokliwej, małej miejscowości położonej nad jeziorem o tej samej nazwie. Zjedliśmy kolację i część z nas poszła na spacer w poszukiwaniu miejsca z internetem, reszta natomiast integrowała się w hotelu.

26.02: Te Anau – Milford Sound – Dzień Bogdana

Dziś pobudka wcześniej niż zwykle, gdyż przed nami jedna z najpiękniejszych tras w Nowej Zelandii wiodąca do centrum Parku Narodowego Fiordland – Milford Sound. Jechaliśmy wzdłuż górskich szczytów, licznych wodospadów, jezior Mirror Lakes, w których odbijały się szczyty gór wspinając się na wysokość 1000 m a następnie obniżając powoli wysokość aż do Zatoki Milforda. Tam zaczęliśmy niepowtarzalny 3 –godzinny rejs statkiem.

Mieliśmy wiele powodów, by przeżywać wyjątkowy dzień. Jednym z nich były urodziny Bogdana, które celebrowaliśmy od samego rana, tj. od wyruszenia spod hotelu. Wielokrotne sto lat, toasty wznoszone złotymi trunkami na tle pięknych krajobrazów, kolejne toasty bąbelkowe, popijając wino musujące z nowozelandzkiego szczepu pinot noir, to wszystko działo się w drodze do zatoki.

Na statku natomiast atrakcji dostarczyła nam obsługa. Podpłynęliśmy pod 2 wodospady, dzięki czemu mogliśmy zaliczyć orzeźwiającą kąpiel. Mieliśmy piękną pogodę, dzięki czemu fiordy prezentowały się nam w całej swej okazałości. Podpłynęliśmy do fok, wygrzewających się akurat na skałkach, a nawet natknęliśmy się na 2 pingwiny odpoczywające na brzegu. Na koniec odwiedziliśmy podwodne obserwatorium, gdzie przyjrzeć się można granicy między słodką i słoną warstwą wody w zatoce, roślinom tam rosnącym i rybom. Był też czas na opalanie i lunch.

Najedzeni, napici, radośni, pełni nowych wrażeń dopłynęliśmy z powrotem do bazy, gdzie piątka z nas zdecydowała się na lot helikopterem. Reszta miała nas odebrać za tunelem Homera, Lecieliśmy 30 minut nad fiordami i zatrzymaliśmy się na jednym z lodowców, Zabraliśmy trochę śniegu z lodowca dla reszty grupy i gdy bus po nas przyjechał, przekazaliśmy go reszcie dla ochłody. Inni mieli okazję przyjrzeć się pięknym pejzażom na trasie powrotnej.

Gdy bus przyjechał po nas, ruszyliśmy po Marka, który zdecydował się na krótki spacer w poszukiwaniu idealnego kadru. Przeszedł sporą odległość, gdyż w momencie gdy mieliśmy już wracać się by zobaczyć, czy go nie przeoczyliśmy, wyłonił się nam z pobliskich krzaków.

Ruszyliśmy w drogę powrotną do Te Anau, wsłuchując się w dźwięki rocka alternatywnego zaproponowanego przez dj Bogdana. Na trasie zatrzymaliśmy się jeszcze przy strumieniu z krystalicznie czystą wodą, którą przelaliśmy do pustych butelek oraz przy wodospadzie. Dojechaliśmy do hotelu ok. 18:15.

Chwilę przed 19:00 ruszyliśmy na kolację. Tym razem do włoskiej restauracji: Dolce Vita. Jedzenie pyszne i obfite. Był i deser w postaci tortu dla jubilata oraz szampan. Po kolacji przenieśliśmy się do apartamentu Bogdana na dalszą integrację, która upłynęła w bardzo radosnej atmosferze.

27.02 Te Anau – Queenstown

Po obfitym śniadaniu w Te Anau, ruszyliśmy w kierunku Queenstown – stolicy sportów ekstremalnych. Na trasie kilka przerw widokowych z wyśpiewanym „sto lat” dla kolejnego jubilata naszego wyjazdu – Rafała.

Przygodę w Queenstown zaczęliśmy od przejażdżki motorówką po płytkiej rzece Shotover z prędkością maksymalną  do 80 km na godzinę i obrotami o 360 stopni. Atrakcja godna polecenia w 100%, podniosła nam znacznie poziom endorfin w organizmie.

Dojechaliśmy do centrum Queenstown, by zrobić sobie tam przerwę na lunch, zwiedzanie i relaks. Część z nas skusiła się na spróbowanie najsmaczniejszych i największych w Nowej Zelandii burgerów. Inni zrobili sobie spacer po okolicy, kupowali pamiątki, pili kawę nad brzegiem jeziora Wakatipu.

Nadszedł czas na pierwsze spotkanie oko w oko z nielotem kiwi, symbolem Nowozelandczyków. Jako że ptak ten jest zwierzęciem nocnym, musieliśmy wejść do zaciemnionego, zamkniętego pomieszczenia, by móc się mu przyjrzeć. Większość grupy rozbawił, niektórzy doszukiwali się pokrewieństwa z kurą i pingwinem. W parku ptaków, który odwiedzaliśmy mogliśmy przyjrzeć się również zagrożonym wyginięciem szczudłakom czarnym oraz nielotom weka. Po raz kolejny spotkaliśmy się też z papugą Keą i  papużkami kakariki.

Dojechaliśmy do hotelu, gdzie panie przebrały się w stroje wieczorowe, by w dniu urodzin Rafała wyglądać wyjątkowo. Przeszklona restauracja zlokalizowana na szczycie jednego ze wzgórz Queenstown, na które wjeżdżaliśmy kolejką linową, idealnie wpisywała się w romantyczną atmosferę wieczoru. Do tego gitarzysta przygrywający nam do kolacji, piękny widok i wyśmienite jedzenie.

Co prawda wymarzyliśmy sobie wspólną kolację przy jednym stole, co się nie udało, ale z pełnym zaangażowaniem uczestniczyliśmy w urodzinach Rafała : najpierw „sto lat” zagrane przez grajka i zaśpiewane przez nas, później lokalny szampan, a na koniec prezenty i ciasteczkowy tort. Działo się, było pysznie, a kontynuację wieczoru przenieśliśmy do pokoju hotelowego.

28.02. Queenstwon – Fox Village

Dziś 370 km przejazdu z wieloma przystankami na zdjęcia. Mijaliśmy Arrowstown, jezioro Hawea, jezioro Wanaka, przełęcz Haasta, kilka wodospadów, aż wjechaliśmy do Parku Narodowego Westland. Z górzystych terenów puszczy bukowej dojechaliśmy po godzinie do zachodniego wybrzeża wyspy, podziwiając fale morza tasmańskiego obijające się o kamienisty brzeg. Po kolejnej godzinie dotarliśmy do doliny Fox w okolice lodowca Foxa. Trudno nie zauroczyć się takimi krajobrazami.

Było wyjątkowo, gdyż dziś wszyscy mieli ochotę na muzyczną kontemplację, śpiewy i tańce w busie, dzięki czemu droga od jednego do kolejnego punktu widokowego mijała nam dużo szybciej. Do godziny 12:00 w południe świętowaliśmy jeszcze dalszy ciąg urodzin Rafała według czasu polskiego. W ciągu 7 godzin jazdy z przerwami pogoda zmieniała nam się nieustannie. Zaczęło się od zachmurzenia i chłodnej temperatury, poprzez słońce i czyste niebo, następnie deszcz i natrętne muszki i ponownie słońce i błękit nieba.

Gdy dojechaliśmy do wioski Fox i zakwaterowaliśmy się w pokojach, na czas sjesty rozpadało się, a gdy wychodziliśmy na kolację znów się rozpogodziło. Kolacja z widokiem na górę Cooka  i Tasmana zachwycała. Co chwila wychodziliśmy  na zewnątrz, by zrobić nowe zdjęcie pejzażu z innym ułożeniem chmur, inną kolorystyką nieba itp.

Dzień dostarczył nam wielu emocji i zapierających dech w piersiach krajobrazów. Szykujemy się na jutrzejszy treking. Większość z nas idzie na lodowiec. Trzymajcie kciuki!

1.03 Fox Village – Arthurs pass

Zbiórka o 7:30 rano, by udać się na wczesne śniadanie, a zaraz po nim część z nas na przelot helikopterem, a reszta na spacer wokół jeziora Methaven. Góry Mt Cook i Tasman odbijały się w tafli jeziora niczym w lustrze. Widok zachwycający na tyle, że postanowiliśmy obejść całe jezioro. Przypatrzyliśmy się z bliska drzewom manuka i paprociom srebrnym oraz paproci księcia Walii, która stała się ulubioną rośliną Bogdana i Mariana – ćwiczyli nazwę paproci w języku maoryskim.

Zaczęliśmy treking na lodowiec Foxa o 10:00 rano. Wszyscy musieliśmy zmienić buty na te wypożyczane, a do dyspozycji mieliśmy dodatkowo plecaki, kurtki przeciwdeszczowe, skarpetki itp. Na lodowcu miłe zaskoczenie, gdyż mieliśmy młodą, polską przewodniczkę, Asię, która przyjechała tu 2 lata temu. Część z nas zrobiła dwugodzinną pętlę, reszta weszła na lodowiec, robiąc 4 godzinny treking. Uczyliśmy się jak zakładać raki, chodziliśmy po wyżłobionych w lodzie czekanem schodkach i odczuwaliśmy ogromny niedosyt, kiedy zapadła decyzja, że trzeba już wracać, bo najchętniej zostalibyśmy na lodowcu cały dzień.

Ruszyliśmy w dalszą drogę, zatrzymując się na krótki lunch w Franz Josef Village, a następnie w miejscowości Hokitika na zakupy w manufakturze nefrytu. Znalezienie właściwego kamienia wcale nie jest takie proste, gdyż te nowozelandzkie muszą być z odmiany Pounamu. Cała reszta sprowadzana jest z Australii, Kanady, Chin itp.

Kolejne dwie i pół godziny przed nami, zanim dotarliśmy na kolację w okolicy Arthurs Pass. Dania wyśmienite, ale po kolacji wszystkich trochę ogarnęło zmęczenie. Wczesne wstawanie, treking, długie przejazdy, wszystko wpłynęło na pracę naszych akumulatorów. Nadeszła pora na zasłużony odpoczynek.

2.03.2014 Arthurs Pass – Wellington

Dzień Tomka.  Nocleg w okolicy przełęczy Artura pełen wrażeń. Rano Rick odebrał po kolei naszą grupę z trzech różnych miejsc i udaliśmy się na obfite, angielskie śniadanie do restauracji. Bekon, grzyby, jajka, tosty, niezliczone ilości kawy i herbaty postawiły nas na nogi na tyle, że mogliśmy ruszyć w dalszą drogę. Zatrzymaliśmy się kilka razy na przełęczy, by przyjrzeć się z góry długiemu na 500 metrów wiaduktowi, i drodze, która chroniona jest przed nagłymi lawinami śnieżnymi, osuwiskami skalnymi i wodospadami za pomocą siatki oraz tuneli. Godnym wspomnienia jest fakt, że dziś naszym jubilatem był Tomek, któremu podczas przejazdu wielokrotnie odśpiewaliśmy sto lat. Nasza trasa dziś wiodła wzdłuż zachodniego wybrzeża wyspy południowej. Do przejechania mieliśmy 400 km, na szczęście stosunkowo często robiliśmy przerwy, dzięki czemu przejazd minął sprawnie. Ogromne wrażenie zrobiły na wszystkich naleśnikowe skały Punakaiki, oraz formujące się pod wpływem erozji kratery wodne, z których co jakiś czas wytryskiwała woda, niczym para z komina lub lokomotywy. Krajobraz regionu Punakaiki wyróżniały palmy nikao, z których niegdyś Maorysi czerpali wodę. Wartym wspomnienia miejscem przez które przejeżdżaliśmy jest również miejscowość Blenheim, otoczona 20 winnicami z różnymi odmianami winorośli – od sauvignon blanc, poprzez chardonay, riesling aż po pinot noir. Zabrakło tylko czasu, by raz jeszcze zrobić degustację. W Picton pojawiliśmy się 30 minut przed planowym wypłynięciem statku. Okazało się jednak, że nasz prom ma godzinne opóźnienie, tak więc wypływaliśmy z portu dopiero o 20:10. Kolacja na promie nie należała do najsmaczniejszych, jednak każdy z chęcią coś zjadł. Później ponad 3 godziny relaksu, snu lub rozmów i o 23:30 byliśmy nareszcie w stolicy Nowej Zelandii – Wellington. Kilkanaście minut na dojazd do hotelu, szybkie rozdanie kluczy, by jak najszybciej udać się do pokoi i odespać długi dzień.

3.03.2014 Wellington – Tongariro – dzień Janusza

Pobudka o 9:00. Zaczęliśmy od zwiedzania stolicy Nowej Zelandii – Wellington. Wjechaliśmy kolejką szynową na wzgórze, gdzie znajdował się ogród botaniczny. Orzeźwiający spacer zakończyliśmy w ogrodzie różanym, gdzie ponownie wyśpiewaliśmy sto lat dla Tomka. Przyjęło się już, że w Nowej Zelandii każde urodziny trwają 36 godzin. Wypiliśmy więc szampana, wręczyliśmy podróżniczy prezent i ruszyliśmy w dalszą drogę do muzeum narodowego Te Papa.

Sześciopoziomowe muzeum Te Papa ( w tłum. Nasze Miejsce) zaskakuje formą przekazu informacji. W części geologicznej możemy poczuć na własnej skórze prawdziwe trzęsienie ziemi lub stanąć na dokładnej, podświetlanej mapie Nowej Zelandii, kolejny poziom pokazuje nam rozwój fauny i flory Nowej Zelandii, w dziale poświęconym ludziom możemy zaś porównać język Polinezyjczyków z Nowej Zelandii z tymi z innych wysp i przyjrzeć się domom Maorysów sprzed kilkuset lat i aktualnym. Grupowe zdjęcie zrobiliśmy w maoryskim centrum spotkań MARAE.

Nadszedł czas, by pożegnać naszego przewodnika Thomasa. Odśpiewaliśmy kilkukrotne dziękujemy, uściski dłoni i ruszyliśmy w dalszą drogę. Obowiązkowym punktem programu było zobaczenie budynku parlamentu, charakterystycznego budynku rządowego w kształcie ula i starego budynku rządowego, który jest drugim co do wielkości największym budynkiem drewnianym na świecie.

Na trasie przez miasto mijaliśmy jeszcze nową i starą katedrę św. Pawła. Szczególnie ta druga zrobiła na wszystkich wrażenie. Mały, drewniany kościół, przedstawiającą typową architekturę kolonialną lat 80 XIX wieku.

Wyjechaliśmy z miasta, by jadąc wzdłuż wybrzeża dojechać do Parku Narodowego Tongariro – najstarszego w Nowej Zelandii i zlokalizowanego w centrum Wyspy Północnej na linii łuku wulkanicznego. Zanim jednak dojechaliśmy do celu, mieliśmy okazję wypatrzeć w oddali z wybrzeża Morza Tasmańskiego wyspę południową, zatrzymaliśmy się w miejscowości, gdzie trenuje się psy pasterskie oraz w mieście, w którym znajduje się nowozelandzka baza wojskowa.

Podczas podróży Janusz ogłosił powtórkę swoich urodzin, przez co nie zabrakło również śpiewów i tańców w autobusie. Dojechaliśmy do celu o 19:00, a o 19:45 czekała na nas kolacja. Wszystkim smakowało wybrane jedzenie, zjedliśmy z przyjemnością.

Nadszedł czas przygotowań przed trekingiem kolejnego dnia. Otrzymaliśmy przez hotel informacje pogodowe. Okazało się, że od dwóch dni na Tongariro Crossing panują bardzo złe warunki pogodowe, wycofano shuttle busy, które dowodzą turystów na początek trasy, temperatura u góry -7 stopni, co dla nas, zahartowanych Polaków nie byłoby może najgorsze, gdyby nie to, że prędkość wiatru dochodziła do 80 km/ h a cała grań pokryta była śniegiem.

Nie byliśmy przygotowani na aż tak złe warunki pogodowe. Padła więc decyzja, że robimy treking w kierunku wulkanów od strony naszego hotelu z miejscowości Whapakaka. Start jutro o 9:00. Po krótkiej wieczornej integracji udaliśmy się do swoich pokoi.

4.03.2014. Treking w Tongariro National Park

Punktualnie o 9:00 zebraliśmy się w hallu przy recepcji, by odebrać lunch boxy i wspólnie wyruszyć na trasę. Szedł z nami również Ricky – nasz kierowca- przewodnik. Pierwszym celem miały być wodospady Taramata, a tam mieliśmy podjąć decyzję, czy idziemy dalej.

Droga do wodospadu wiodła przyjemną ścieżką pośród lasów deszczowych, a następnie tussoków (polany z kępkami traw). Przeważał gatunek buku drobnolistnego, wrzosy i paprocie parasolkowate. Niebo było przejrzyste. Na wysokości 1450 metrów, do której dochodziliśmy mieliśmy mieć słoneczną pogodę do godziny 13:00, a następnie zachmurzenie. Mieliśmy dużo szczęścia, gdyż deszczowe, ciemne chmury co jakiś czas pojawiały się tylko w okolicy wulkanów, by za chwilę zniknąć pośród podmuchów ostrego wiatru.

Przy wodospadzie zdecydowaliśmy się na dalszą trasę, do jeziora Tama. Ten dłuższy odcinek sprawił grupie wiele przyjemności, gdyż przed nami cały czas majestatycznie prezentowały się aktywne wulkany Ruapehu oraz Ngauruhoe. Doszliśmy do niższego jeziora Tama, a stamtąd większość grupy podeszła jeszcze do wyższego jeziora, wędrując granią aż do kolejnego wzniesienia.

Nie zabrakło czasu na ceremonialny lunch na zboczu góry z widokiem na jezioro. Wymarzony piknik dla każdego spacerowicza. Po zdobyciu górnego punktu jeziora ruszyliśmy w drogę powrotną, na której co niektóre osoby odczuwały już mięśnie nóg, delikatne bóle kolan, czy ogólne zmęczenie, jednak nikt się nie poddawał, tylko dzielnie szliśmy do przodu.

Doszliśmy do hotelu o godzinie 16:00. Wszyscy zasługują na wielką pochwałę, gdyż pokonaliśmy 17 km, a kondycja w grupie była rewelacyjna. Niektórzy biegali niczym kozice górskie – Mirela, Rysiu, Marian, Bogdan, Marek, inni spacerowali szybkim truchtem podziwiając widoki i kontemplując , jeszcze inni wyciągali z krajobrazów wszelkie najlepsze ujęcia pokonując tym samym jeszcze więcej kilometrów niż reszta – Marek, Janusz.

W hotelu odpoczynek po trekingu – gorąca kąpiel, lampka wina z widokiem na wulkany, chwila snu, który u niektórych był aż tak przyjemny, że ciężko się było z niego wybudzić – Beata. O 19:00 udaliśmy się na kolację w formie bufetu. Wszystkim wyostrzyły się apetyty po długim trekingu, tak więc z przyjemnością zjedliśmy główne danie i deser, popijając wszystko kawą i herbatą.

Po kolacji udaliśmy się do pokoju gościnnego na integrację przy I części Władcy Pierścieni. Wytrwaliśmy tylko do połowy, gdyż było późno, a jakość obrazu nie była najlepsza. Ok. 23:00 zdecydowaliśmy się na zakończenie wieczoru, by mieć siły na kolejny dzień pełen wrażeń.

5.03.2014, Tongariro – Rotorua

Poranek w parku narodowym Tongariro przywitał nas deszczem i sporym zachmurzeniem. Ucieszyliśmy się, że wczoraj dopisała nam pogoda podczas trekingu, bo dziś nie byłoby szans nawet na ten krótszy spacer. Spakowaliśmy walizki do autobusu i ruszyliśmy w drogę na północ. Pierwszy przystanek nad jeziorem Taupo. Jezioro powulkaniczne o powierzchni ponad 600 km kwadratowych zaskakuje kolorem wody, wielkością i plażami z ogromną ilością pumeksu wulkanicznego. W miejscowości Taupo zrobiliśmy przerwę na kawę, a następnie ruszyliśmy w kierunku wodospadu Huka. Wodospad na najdłuższej rzece Nowej Zelandii, Waikato, imponuje prędkością wpadającej wody: 200 000 litrów na sekundę. Taka ilość wody w ciągu minuty mogłaby zapełnić 4 baseny olimpijskie. Wpatrywaliśmy się chwilę w rwącą wodę niczym zahipnotyzowani. Czas jednak gonił, więc ruszyliśmy w dalszą drogę. Kratery księżycowe były kolejnym naszym punktem programu. Godzinna trasa wiodła kładkami wzdłuż kipiących i parujących fumarolami kraterów. Intensywny zapach siarczanów po chwili spaceru dawały się intensywnie we znaki. Poza programem postanowiliśmy zrobić park Wai-o – tapo, czyli park świętej wody. To tutaj przyjrzeć się można gorącym źródłom przybierającym kolory tęczy, nie bez przyczyny nazwanym paletą artystów, czy szampańskim basenem. Termofilne bakterie i algi żyjące w tych źródłach nadają tym wodom najróżniejsze kolory, w zależności od temperatury wody i reakcji z pierwiastkami manganu, siarki czy żelaza. W parku wybucha też codziennie gejzer Lady Knox, którego woda wytryskiwana jest na wysokość do 20 metrów. Pobyt w parku Waiotapo zajął nam więcej czasu niż w początkowym założeniu, jednak do naszej docelowej miejscowości, Rotorua, udało się dojechać całkiem sprawnie na tyle, że mieliśmy chwilę wolnego czasu w hotelu przed wyjściem na kolację i spektakl do wioski maoryskiej.

O 17: 45 spotkaliśmy się w hallu hotelowym, by wyruszyć podstawianym przez wioskę busem w kierunku miejsca odbywania się uroczystości. Bus jednak spóźnił się 40 minut, przez co dojechaliśmy trochę spóźnieni. Maorysi w ramach przeprosin przygotowali dla nas gratisowe napoje. Wieczór zaczął się od prezentacji lokalnego dania Maorysów, które dusiło się w ziemnym piecu przez ok. 3 godziny, byśmy mogli je później spożywać. Następnie przyglądaliśmy się wojennemu kanu Maorysów, przywitaliśmy się z wodzem wioski, nauczyliśmy się maoryskich pieśni, powitań, tańców, gier i po około godzinie w plemiennej scenerii ruszyliśmy na upragnioną kolację. Kolacja obfita i pyszna, poprawiła humory każdemu. Ok. 21:00 zbieraliśmy się z powrotem do hotelu, by nabrać sił na kolejny dzień pełen wrażeń.

6.03. Rotorua i okolice

Postanowiliśmy urozmaicić sobie trochę nasz program dodatkowymi atrakcjami dzisiejszego dnia. Marek zdecydował się na 3 godzinny przelot helikopterem wraz z trekingiem po jednej z wulkanicznych wysp – White Island. Renata, Mariola i Tomek zdecydowali się na dłuższy relaks w hotelu i skorzystanie z masaży. My natomiast udaliśmy się na Agrodom – pokaz strzyżenia owiec, zaganiania owiec przez psy pasterskie a także prezentację wszystkich gatunków owiec, występujących na terenie Nowej Zelandii, a jest ich aż 19.

Było to jedno z najzabawniejszych wydarzeń dnia. Prowadzący prosił wybranych turystów do siebie, by brali udział w różnego rodzaju czynnościach: dojenie krowy, karmienie młodych owiec, cielaków, lam itp. Psy border colie spisały się na medal uganiając się najpierw za kaczkami, później prezentując swoje możliwości w zaganianiu owiec, a na koniec zachęcając każdego z nas do ich głaskania.

Kolejny punkt programu robiliśmy już wspólnie. Odwiedziliśmy instytut sztuki maoryskiej Te Puia oraz rezerwat ptaków Rainbow Springs.

Po powrocie do hotelu część z nas udała się do najsłynniejszego spa w Rotorua – Polynesia Spa.

Wieczorem spotkaliśmy się w moim pokoju na integrację i oglądanie filmu „ Fortepian”. Noc długa i pełna ciekawych komentarzy, wymiany zdań.

7.03 – Rotorua – Auckland 

Dziś wyjazd o 8:00. Potrzebowaliśmy więcej czasu, by w trakcie długiej trasy przejazdowej do Auckland zrealizować wszystkie zaplanowane atrakcje.

Już od rana znaleźliśmy się w świecie fantasy, udając się do słynnej wioski hobbitów znanej z filmów „Władca Pierścieni” i „Hobbit” – Shire. Farma niejakiego Aleksandra stała się miejscem znanym nie tylko na terenie Nowej Zelandii, ale i na całym świecie, ponieważ to właśnie tu Peter Jackson postanowił umieścić Hobbiton.

Soczyście zielona zieleń wzgórz, pośród której wyłaniały się nam coraz to nowe norki hobbitów, z idealnie okrągłymi, kolorowymi drzwiami i oknami, małymi, kwiecistymi ogródkami, stwarzały razem nastrój niczym z bajki. Promienie słońca przedzierały się do krainy Shire, ujawniając najsłynniejszą norkę Bilbo Baginsa, Sama oraz jedyne sztuczne drzewo dębowe na samym szczycie góry.

Nasz spacer zakończyliśmy w słynnym pubie hobbitów – Green Dragon. Tam każdy z nas otrzymał złoty trunek w kuflach z Hobbitonu i lunch: 3 rodzaje sałatek, kiełbaski jagnięce, steki wołowe, ziemniaki. Miał być delikatny lunch, był natomiast całkiem syty obiat wraz z deserem w formie sernika. Nasz przewodnik wpasował się idealnie w krajobraz tego miejsca swoją niezwykłą urodą, przypominając jednego z mieszkańców słynnego Śródziemia.

Ruszyliśmy w dalszą drogę, udając się tym razem do Waitamo Caves. Dziś przed nami czarny rafting, który dla jednych był wyzwaniem dla innych jednym z najbardziej wyczekiwanych punktów programu. Podzieliliśmy się na dwie grupy. Otrzymaliśmy pianki, gumiaki, kaski, czołówki i dętki.

Najpierw krótkie przeszkolenie jak używać dętek, jak skakać do wody, jak spływać na węgorza. Następnie wejście do jaskini. Pojedynczo, gdyż wąsko. Pierwsze zanurzenie dość chłodne, musieliśmy przyzwyczaić się do wody o temperaturze 12 stopni. Później już coraz ciekawiej. Nad nami tysiące świetlików tworzących szlak zielonych światełek, wyglądających niczym droga mleczna. Przed nami odcinki spokojnego spływu na dętkach jak i krótkich trekingów. Dodatkową atrakcją były też skoki do wody z dwóch wodospadów. Z początku dwie osoby od nas chciały zrezygnować z drugiego skoku, ostatecznie jednak wszyscy się zdecydowali. Rafting pełen wrażeń, mimo obaw, wszystkim bardzo się podobało.

Pełni energii i wrażeń ruszyliśmy w drogę do Auckland. Dojechaliśmy do hotelu po 20:30. Mieliśmy chwilę na odświeżenie się, a już o 21:20 Ricky odwiózł nas do Sky Tower, gdzie mieliśmy pożegnalną kolację. Pożegnaliśmy Ricka gromkimi brawami, śpiewami i podziękowaniami i ruszyliśmy na 52 piętro, gdzie znajdowała się obrotowa restauracja.

Rozsiedliśmy się przy 2 stołach z panoramą na całe miasto. Podczas oczekiwań na kolację pojawił się i szampan. Wznieśliśmy toast za ten i kolejne wyjazdy, pojawiły się upominki, podziękowania i wspomnienia. Mile spędzony czas zakończony spacerem do hotelu nocą.

Ok. 24:00 położyliśmy się spać, byśmy kolejnego dnia w pełni spakowani mogli wyruszyć ok. 9:15 i zobaczyć Auckland w ciągu dnia.

8.03.2014 – Auckland – powrót do Polski – Dzień Kobiet

O 9:15 Maxim odebrała nas spod hotelu i ruszyliśmy na przejażdżkę wzdłuż głównych ulic miasta. Zatrzymaliśmy się przy brzegu portowym, by z widokiem na najdłuższy w Auckland most i panoramę miasta uczcić Dzień Kobiet. Dziś to Panowie zrobili nam niespodziankę i życząc sto lat podarowali nam lokalne, wyśmienite wino.

Toastom nie było końca, jednak musieliśmy ruszyć dalej. Kolejny przystanek zrobiliśmy z drugiej strony portu, by tam ponownie wyśpiewać sto lat, zrobić zdjęcia, przyjrzeć się panoramie miasta. Następnie przejażdżka przez centrum i dojazd już na lotnisko.

Udało nam się otrzymać kilka lepszych miejsc w samolocie, z czego wszyscy się cieszyli. Zrobiliśmy ostatnie zakupy w strefie bezcłowej i nadszedł czas wylotu.

W Singapurze ze smutkiem żegnamy Mariana, Małgosię i Bogusia. Przed nimi jeszcze 2,5 dnia wypoczynku, przed nami natomiast dalsza droga do domu. W Monachium rozdziela się też grupa wrocławska i warszawska. Kontakty jednak wymienione, zamierzamy planować kolejne wspólne podróże.

Za nami 2,5 tygodnia niesamowitych wrażeń. Z początku przygnębieni zniszczonym Christchurch, później nieustannie zauroczeni zmiennością przyrody wyspy południowej, następnie zadziwieni różnorodnością krajobrazową i klimatyczną wyspy północnej, otrzymaliśmy w pakiecie pełną paletę barw świata tak odległego, tak innego pod wieloma względami od naszego. Na naszych twarzach przez cały wyjazd rodziło się mnóstwo emocji i te emocje pozostaną w nas już na zawsze. Urodziny Bogusia, Rafała, Tomasza, Janusza były wyjątkowe nie tylko dla jubilatów, ale również i dla nas, gdyż mogliśmy wspólnie świętować te ważne dni będąc w kolejnej podróży marzeń, ciesząc się przy tym wrażeniami każdego dnia. Każdy z nas stworzył swą własną historię tego wyjazdu, którą teraz będziemy mogli dzielić się z wami, wiernymi czytelnikami naszej relacji.

Mając zaszczyt opiekować się tą 14 osobową grupą dziękuję Wam za wytrwałość w długiej podróży, każdy Wasz uśmiech , wspólne dyskusje, oglądanie filmów, śpiewanie i celebrowanie każdego dnia.

Marysia