Szanghaj-Bangkok-Singapur-Dżakarta-Manila-Nagasaki

W czasie podróży na Kaukaz był też Czapla, Jaśko i Piotr. Ot, syberyjska załoga. Jak Czaplo wejdziesz kiedyś na tą stronę to koniecznie pozdrów Jaśka!

To właśnie Czapla powiedział mi na Kaukazie, że na początku 1990r będzie super rejs statkiem po Dalekim Wschodzie. Władywostok-Szanghaj-Bangkok-Singapur-Dżakarta-Manila-Nagasaki. Pięć tygodni rejsu z 2-3 dniowym zwiedzaniem poszczególnych miast. O Boże – pomyślałem – jaka wspaniała podróż! Bardzo chciałem w niej uczestniczyć! Jednak podstawowe i pierwsze pytanie brzmiało – „Za co?”. Rok tułania się po targach i ulicach Rumunii, Bułgarii i ZSRR wystarczył na zakup kamery, jednak przekonał mnie też, że nie chcę już zarabiać pieniędzy w taki sposób. Koszt podróży na Daleki Wschód wynosił 700$ czyli znowu, w przeliczeniu, był to kilkuletni zarobek Polaka z tamtych czasów. Dzisiaj 700$ to ok 2200 PLN, więc dla wielu osób nie byłoby problemem przeznaczenie jednej swojej przeciętnej pensji na tak wspaniałą i wymarzoną podróż. Jednak wtedy to nie była jedna pensja, ale majątek. Nikt w mojej rodzinie nie posiadał takiej gotówki. Poza tym, nawet gdyby znalazł się ktoś taki, to nie sądzę, aby zechciał pożyczyć mi tę kwotę, bo niby kiedy i w jaki sposób miałbym mu ją potem oddać. Kiedy myślałem o tej cudownej, na owe czasy podróży, nie mogłem zasnąć. Zasmakowałem już przyjemności poznawania i zwiedzania innych zakątków świata i dlatego, tak bardzo, chciałem tam być. Zrobiłem więc „biznesplan”: jeśli będę miał drugie 700$ dolarów to kupię ubrania w Bangkoku, przywiozę do Polski i wycieczka powinna mi się zwrócić. W Polsce trwała wtedy moda na tajlandzką odzież – nieliczni ją sprowadzali i zarabiali na tym krocie. Nie pamiętam już od ilu osób pożyczałem po 50, 100 czy 200$, aby uzbierać 700$ na bilet i kilkaset $ na tajlandzkie ciuchy. W końcu jednak udało mi się zebrać wymaganą kwotę. Przekładając na dzisiejsze realia, to tak, jakby w momencie gdy ma się normalną pracę, pójść do znajomych i pożyczyć 500.000 zł. W całym tym przedsięwzięciu było więcej mojego zapału niż jakiejkolwiek pewności, że pieniądze włożone w tę podróż się zwrócą. Po wielu rozmowach udało mi się namówić na ten rejs moich znajomych, którzy wcześniej jeździli ze mną do Turcji i dzięki którym tak naprawdę te wyjazdy przyniosły mi korzyść.

Wyruszyłem! Czysta ułańska fantazja. Wydaje mi się, że towarzyszy mi ona do dzisiaj przy wielu działaniach i podejmowaniu decyzji.

Na rejs wziąłem moją świeżo kupioną w Pewexie kamerę, chociaż wiedziałem, że taki sam sprzęt w Singapurze można kupić prawie o połowę taniej. Gdy tylko wyruszyłem z domu zacząłem robić pierwsze ujęcia, aby stworzyć dla siebie coś w rodzaju reportażu z mojej podróży życia. Na lotnisku Okęcie ktoś z uczestników wycieczki zapytał: „Przepraszam Pana, widzę, że ma Pan kamerę i filmuje różne sceny. Czy po rejsie taki film można by u Pana kupić?”

KUPIĆ – to słowo wyraziście zabrzmiało w moich uszach i bez zastanowienia odpowiedziałem „Tak”. Jednocześnie przez głowę przemknęła mi myśl, że być może inni członkowie ekipy chcieliby KUPIĆ taki film. Z kilkuset osobowej wycieczki chyba tylko jeden człowiek miał przy sobie kamerę. Reszta osób, które miały kamery zostawiła je w domach, aby w Singapurze kupić kamerę na handel i nieźle na tym zarobić. Nasza grupa wycieczkowiczów liczyła ponad 300 osób.

10 lutego 1990r o godz. 10.00 wystartowaliśmy dwoma samolotami z Okęcia. W czasie lotu do Władywostoku z przesiadką w Moskwie spotkały nas przygody na lotnisku w Chabarowsku, gdzie przetrzymali nas kilkanaście godzin bez podania jakiejkolwiek przyczyny. Filmowałem wszystko, co wydawało mi się interesujące i już wtedy wiele osób interesowało się możliwością zakupu takiej pamiątki z rejsu. Chabarowsk przywitał nas srogą zimą. Bez możliwości kupienia czegoś do jedzenia, śpiąc na walizkach, ławkach, parapetach czekaliśmy na zgodę na opuszczenie tego miejsca. Nikt z organizatorów nie mógł ustalić, jak długo to jeszcze potrwa. Późnym popołudniem następnego dnia wystartowaliśmy z Chabarowska i już za godzinę byliśmy we Władywostoku. Później czekała nas 4 -godzinna jazda autobusem do Nachodki i nareszcie – zmęczeni, ale szczęśliwi – wchodzimy na statek o wdzięcznej nazwie „Michaił Szołochow”. Kiedy zapytałem organizatorów wycieczki, czy mogę w jakiś sposób zareklamować swoją usługę jako kamerzysta, nie tylko nie odmówili, ale chętnie pomogli. W czasie rejsu robiłem krótkie reportaże z każdego odwiedzanego przez nas portu i „pokładowych atrakcji”. Organizatorzy byli wdzięczni, że jest ktoś, kto się tym zajmuje i bawi turystów. Ja natomiast byłem w swoim żywiole. Zwiedzałem świat i robiłem to, co było moją pasją – filmowałem.

Około 2 w nocy 12 lutego wypłynęliśmy w rejs. Każda spędzona w tej podróży godzina jest dla mnie wspaniałym przeżyciem – mogę podziwiać wschody i zachody słońca lub obserwować bezkres morza, wypoczywać w basenie lub też, pod pokładem, uczestniczyć w artystycznych pokazach przygotowanych specjalnie dla nas, albo bawić się na parkiecie przy dobrej muzyce.

Szanghaj

Przypłynęliśmy do pierwszego punktu wycieczki – Szanghaju. W tamtych czasach w Szanghaju skupiona była ponad połowa przedsiębiorstw całego kraju.  11 mln metropolia, w po której jeździło tyle aut ile pewnie w pozostałych obszarach Chin razem wziętych. Ciekawostkę stanowiło to, że na tę naprawdę sporą ilość samochodów tylko ok. 500 należało do prywatnych właścicieli.

Jedziemy autokarem po ulicach tej wielkiej metropolii, gdzie wyraźnie widzimy socjalistyczne „przypadłości” w miejskiej architekturze, wystroju witryn, transparentów czy chociażby w ludzkim ubiorze. Naszą pierwszą turystyczną atrakcją było zwiedzanie buddyjskiej świątyni Jaspisowego Buddy – jego prawie 2 metrowy posąg wyrzeźbiony jest w białym jaspisie. Świątynię zamieszkuje ponad 80 mnichów i funkcjonuje ona jako miejsce religijnego kultu. Następnie pojechaliśmy do tzw. centrum wystawowego, które architekturą z zewnątrz przypomina polski Pałac Kultury i Nauki. Można tu zobaczyć lub kupić pamiątki oraz użyteczne przedmioty produkowane na terenie całych Chin. Aż trudno oderwać oczy od przedmiotów wykonanych z pięknej, chińskiej porcelany – pater, kielichów, dzbanów, talerzy, filiżanek, figur czy dywanów. Są naprawdę wspaniałe.
Wieczór spędzamy na uroczystej kolacji w hotelu. Dyrektor obiektu przywitał nas wzniośle słowami „Drodzy towarzysze” i wygłosił kwieciste przemówienie. Co prawda jedną nogą wkroczyliśmy już poza ten „polityczny mur”, jednak zaledwie kilka miesięcy wcześniej żyliśmy w takim samym ustroju, więc można by powiedzieć: swojskie powitanie. Byliśmy największą grupą turystów w tym hotelu od prawie roku. Na stołach pojawiły się różnorodne chińskie dania. Wiele zabawy dostarczyliśmy chińskim kelnerom, którzy próbowali nauczyć nas jedzenia potraw pałeczkami. Na szczęście były też widelce, noże i łyżki.

Następnego dnia wstaję trochę wcześniej i wychodzę na spacer po ulicach miasta. Tematami, które już wtedy pociągały mnie najbardziej byli normalni ludzi, żyjący własnym rytmem, w swoim środowisku. Trochę więcej piszę o tym przy zdjęciach „Ulice Mombasy”. W 1990r w bocznych uliczkach tego olbrzymiego miasta obserwowałem ludzi, którzy bezpośrednio na ulicach rozkładali swoje małe warsztaty szewskie, kuchnie polowe, maszyny do szycia. W jednej z takich ulic trafiłem na lokalne targowisko. Mimo tak wczesnej godziny panował tam spory ruch. Można było tam kupić żywe zwierzęta, owoce, jarzyny lub zjeść gorący posiłek, chociaż osobiście miałbym co do tego spore obiekcje, bo cała sceneria wygląda bardzo prymitywnie. Widziałem także mnóstwo ludzi w każdym wieku, którzy ćwiczyli tai-chi przed swoimi domami. Jeden z Chińczyków, mający co najmniej 80 lat, wręcz wprawił mnie w osłupienie, gdy patrzyłem na to, jak bardzo jest elastyczny i giętki. Na skrzyżowaniach setki rowerzystów zmierzających we wszystkich kierunkach. O dziwo cały ten ruch odbywał się bez kolizji, natomiast ja obawiałem się przejścia przez tak bardzo zatłoczoną ulicę. W czasie podróży do takich miejsc uwielbiam takie poranne godziny, gdy ludzie spieszą się do pracy. Socjalistyczny Szanghaj tamtych czasów już wtedy pokazywał, że to miasto i Ci ludzie wytrwale dążą do sukcesu. Można mieć wiele zastrzeżeń, co do sposobów sprawowania władzy w Chinach, jednak z mojej perspektywy, w ciągu tych 22 lat to właśnie w tym kraju dokonały się największe przemiany gospodarcze na świecie. Nie jest to miejsce na gospodarcze i polityczne analizy, ponadto nie jestem ekonomistą tylko zwykłym zjadaczem chleba. Chciałbym jednak powiedzieć, że od czasu mojej podróży do dzisiaj Chiny stały się gospodarczą i finansową potęgą świata. W tamtych czasach większość żyjących tam ludzi ciężko pracowała całymi miesiącami, by zarobić na rower, a dziś to Chińczycy eksplorują cały świat, kupują fabryki, całe koncerny i przyczyniają się do rozwoju nowoczesnych technologii.

Zarówno w Szanghaju, jak i w każdym następnym miejscu, gdzie byliśmy ponad 90% uczestników wycieczki biegało po sklepach, hurtowniach czy bazarach, aby przywieźć do Polski towar na handel. Natomiast ja prawie zupełnie przestałem o tym myśleć – zwiedzałem. Chciałem chłonąć praktycznie wszystko to, co widziałem. Odwiedzałem buddyjskie świątynie, muzea, parki, oglądałem występy miejscowych artystów. Szukałem także miejsc podobnych do takich, jakie zobaczyłem owego poranka w Szanghaju. Próbowałem dostrzec i zaobserwować ludzi z danego miasta, przechodniów na tamtejszych ulicach oraz środowisko ich codziennego życia. Mankamentem takich wycieczek jest jednak to, że zawsze brakuje czasu na tego typu obserwacje, bo wycieczki mają sztywny program, którego należy się trzymać.

15 lutego po południu nasz statek odbił od nabrzeży Szanghaju i popłynęliśmy do Bangkoku.

Bangkok

W czasie rejsu znakomitą artystyczną oprawę zapewniali nam artyści Piwnicy Pod Baranami z Jackiem Wójcickim w roli głównej. 21.02.1990r zacumowaliśmy u nabrzeży Bangkoku. Rozpoczęło się zwiedzanie najważniejszych obiektów tego miasta: świątyni Wat Traimit ze złotym, ponad 5 tonowym posągiem Buddy, świątyni Wat Pho z leżącym Buddą wysokim na 15m i długim na 46m, Wielkiego Pałacu Królewskiego ze świątynią Szmaragdowego Buddy. Nigdy nie byłem zwolennikiem odwiedzania muzeów, zamków, jednak te miejsca wzbudziły mój zachwyt i przyprawiały o zdumienie.

Po obejrzeniu największych atrakcji  w małej grupie ruszyliśmy do miasta w poszukiwaniu taniego noclegu, aby nie musieć wracać na statek. Zapakowaliśmy się do dwóch „tuk-tuków”, a jazda takim wehikułem była nie lada atrakcją. Wśród osób, które wyruszyły na miasto był też Jacek Wójcicki. Znany już wtedy artysta był bardzo miłym, uczynnym i sympatycznym kompanem podróży. Wynajęliśmy kilka pokoi płacąc ok. 2$ za osobę i wyruszyliśmy na spacer po ulicach Bangkoku. Niesłychany uliczny gwar, olbrzymi ruch w każdym zakątku miasta, hałas i spaliny tuk-tuków, zatłoczone autobusy, do których naprawdę trudno byłoby już wejść, ludzie uśmiechający się z każdej strony, zapraszający nas do swych sklepów. Obok tego wszystkiego kanały rzek ze stertami śmieci i ludźmi śpiącymi pod mostem, uliczni handlarze, którzy bezustannie starają się zareklamować swój towar przechodniom. Nagle na mojej szyi pojawił się olbrzymi pyton, którego zarzucił mi jakiś Tajlandczyk. Skóra tego węża jest bardzo delikatna i miła w dotyku. Był to pierwszy raz, gdy miałem okazję dotknąć żywego węża i muszę przyznać, że było to bardzo miłe uczucie.

Następny dzień spędziliśmy przede wszystkim na zakupie towarów na handel. Odwiedziliśmy m.in. tzw. Bobby Bazar i kilka innych miejsc, gdzie hurtowo prowadzono sprzedaż odzieży. W wielu miejscach widzieliśmy napisy w naszym ojczystym języku jak chociażby „Polaku drogi wstąp w moje progi” i spotykaliśmy sprzedawców, którzy już całkiem nieźle mówili po polsku. Dzięki Irenie i Czesławowi, którzy wybrali się w ten rejs razem ze mną kupiłem rzeczy, które miały znaleźć swój popyt w Polsce. Ta podróż, na którą usilnie ich namawiałem okazała się dla tej pary strzałem w dziesiątkę. Wracali tam jeszcze wiele razy i w dość krótkim czasie po naszym wyjeździe powstała największa hurtownia odzieży w Polsce – „Giewont”. Niesłychany wręcz talent Ireny do handlu oraz znalezienie się we właściwym wtedy miejscu i czasie stały się kluczem tego sukcesu.

Moja wielka paczka z towarem na handel została zapakowana i od tego czasu mogłem poświęcić się już tylko przyjemności związanej ze zwiedzaniem. Wieczorem całą grupą wzięliśmy udział w uroczystej kolacji w restauracji „Paradise”, gdzie oprócz różnorodnych potraw podziwialiśmy występy tajskich tancerek. Następnego dnia wstaliśmy bardzo wcześnie, gdzieś przed czwartą rano, by w naszej małej grupie dostać się na klongi (kanały) Bangkoku, który nazywany był przez wiele lat Wenecją Wschodu. Czekały tu na mnie niesamowite widoki. Przemieszczaliśmy się po klongach obserwując sceny jakby z innego świata. Kanały nie były jedynie miejscem przemieszczania się łodzi przewożących towar. Było to swego rodzaju miasto w mieście. Drewniane domy na palach, jeden koło drugiego ciągnące się wzdłuż kanałów. Ludzie, którzy czerpali stąd wodę do mycia, gotowania, robiący tu pranie, nachylający się po to, by umyć twarz czy zęby lub też zanurzający się całkowicie by umyć swoje ciało. Pomosty ich domostw były miejscem przeznaczonym na gotowanie posiłków, handel, także odpoczynek. Prawie w każdym takim domu można było dostrzec kilkoro dzieci, nie zawsze ubranych oraz ich matki sprawujące pieczę nad całością . Jest przed siódmą rano, więc widać jak wielu ludzi dopiero zbiera się z domu, by dojechać (dopłynąć) do pracy czy szkoły. Tu nie ma chodników czy też ulicy, więc handel odbywa się na łodziach. Są to pływające stragany, na których można znaleźć dosłownie wszystko. Jest ich setki, a kanały ciągną się kilometrami. Czasami wzdłuż rzeki pojawiały się kopuły świątyń lub pałaców, które w niesłychany sposób kontrastowały z biedą mieszkańców klongów. Po kilkugodzinnej wycieczce zakończyliśmy zwiedzanie klongów i wróciliśmy do miasta.

Chcemy zrobić ostatnie zakupy. Dotarliśmy w miejsce mniej dostępne dla osób chcących kupić towary na handel – kolejowe torowisko i jego obrzeża. Tu ku naszemu zdziwieniu w prymitywnych warunkach szyje się tysiące spodni i bluzek. Na obszarach między torami ludzie rozkładają i przewracają, dopiero co ufarbowane ubrania, aby mogły wyschnąć. Te z pozoru prymitywne warsztaty są jednocześnie domem dla wielu z tych ludzi. Nadszedł wieczór i wróciliśmy na statek. Czas w dalszą drogę.

Singapur

26 lutego o świcie dopływamy do Singapuru. W głośnikach statku leci piosenka Black`a „Wonderfulul life” i ktoś krzyczy – widać Singapur! Wybiegam na pokład i ten widok na zawsze zostanie w moich oczach. Olbrzymie wieżowce wynurzające się jakby wprost z oceanu. Niesamowity widok, który już zawsze będzie mi się kojarzył z piosenką Black`a. Zwiedzając miasto przeżywam swego rodzaju szok, bo po raz pierwszy przeniosłem się z tej jeszcze szarej, polskiej rzeczywistości do świata pełnego kolorów, estetyki oraz rozmachu nowoczesnej architektury. Miasto rozwija się w błyskawicznym tempie. Te blisko 100-kondygnacyjne wieżowce budowane są tutaj w rok czasu. Wspaniałe samochody, które mkną szerokimi, czystymi ulicami, wokół których pełno jest pięknej zieleni. Na chodnikach, w sklepach i instytucjach, wszędzie można spotkać dobrze ubranych ludzi. To miasto światowego biznesu. Od czasu do czasu trafiam jeszcze na stare, wąskie uliczki, które niewiele różnią się od tych napotkanych w Szanghaju czy Bangkoku. Jednak tutaj jest to już rzadkość.

Zwiedzamy potężny ogród botaniczny. Różnorodność gatunków roślin z ich kolorami i kształtami zdecydowanie wzbudza mój zachwyt. Są tu rosnące od wieków drzewa, piękny zakątek wyłącznie z orchideami i małe jeziorka pełne ptactwa. Bardzo często to właśnie w tym miejscu Singapurczycy spędzają swój wolny czas. Po wizycie w ogrodzie botanicznym, wyjechaliśmy kolejką na wzgórze, skąd mogliśmy podziwiać panoramę na całe miasto, a następnie udaliśmy się na Sentozę – wyspę, która stanowi centrum wypoczynku dla mieszkańców Singapuru. Olbrzymia w tym miejscu ilość atrakcji dla zwiedzających powoduje, że każdy znajduje dla siebie jakieś zajęcie. Największe wrażenie wywarł na mnie wieczorny pokaz „tańczących fontann”. Wow! Przeróżne rytmy muzyki oraz rozświetlony światłami zmieniający się kształt wody, poruszający się w takt dźwięku. Niesamowite widowisko.

Następny dzień rozpoczął się od przejażdżki metrem do Jurong Bird Park. Szokuje nas czystość panująca na stacjach i w wagonach metra. Często na ulicach czy wewnątrz komunikacji miejskiej widać tabliczki ostrzegające przed wyrzucaniem jakiegokolwiek papierka czy petów z papierosa. Grozi to karą 500$ singapurskich czyli ok. 250$ amerykańskich. Chociaż przez stacje przewijają się tłumy ludzi, najczęściej ubranych biznesowo, to w wagonach jest sporo miejsca – idealny komfort.

„Ptasi ogród” jest położony na olbrzymiej powierzchni, na której poszczególne gatunki mają nawet kilka hektarów przestrzeni do własnej dyspozycji. Można tu zobaczyć setki gatunków z całego świata. Niektóre żyją tu prawie, jak na wolności, inne są prawdziwą turystyczną atrakcją jak np. wielkie gadające papugi czy gwarki.

Popołudnie spędziliśmy na robieniu zakupów lub po prostu oglądaniu tego, co prezentują nam sklepowe witryny. Singapurskie Centrum Alberta można pewnie porównać do naszych dzisiejszych galerii handlowych jak Arkadia w Warszawie czy Bonarka w Krakowie. W dzisiejszych czasach już do tego przywykliśmy i stanowi to pewną normę. Jednak jeśli ktoś przypomni sobie początek lat 90.   w Polsce, to zrozumie, że przeżywałem wtedy istny szok. Te dwa dni spowodowały u mnie sporą znamię. Na pewno był to dla mnie mocny bodziec, który dał sporo do myślenia w dziedzinie własnej przedsiębiorczości.

Następnego dnia byliśmy już z powrotem na morzu i mieliśmy okazję uczestniczyć w rejsowej atrakcji – tzw. chrzest na równiku. Oj, działo się, działo. Neptun i jego diabły dały nam mocno popalić. Malowanie farbą, obklejanie się piórami, golenie i strzyżenie, chłostanie, wrzucanie do wody oraz picie naprawdę paskudnych mikstur. Jednak, jakby na to nie spojrzeć, pewną przyjemnością jest możliwość przekroczenia po raz pierwszy równika na morzu.

Dżakarta

1 marca przybiliśmy do Dżakarty. Na nabrzeżu czekała nas niespodzianka. Powitały nas tańczące, ubrane w regionalne indonezyjskie stroje tancerki. Autokarami ruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Pierwszą atrakcję stanowił olbrzymi skansen znajdujący się nieopodal stolicy, gdzie można było zobaczyć różne formy budownictwa, rzemiosła i tradycji z niemalże wszystkich regionów Indonezji. Mimo, że nie jestem fanem zwiedzania muzeów, to jednak całkowicie odmienne formy architektury i rzemiosła w tym miejscu bardzo mnie zaciekawiły.

Po tej zorganizowanej części wycieczki, każdy z nas wyrusza na indywidualne zwiedzanie miasta. W małej grupce jedziemy lokalnym, zatłoczonym busem do Dżakarty. Podobnie jak w Bangkoku, tu również na ulicach panuje wielki gwar, widać wręcz pokłady śmieci, biedotę mieszkającą w byle jakich domkach lub pod mostem i wszystko to ma miejsce w centrum miasta. Widzimy także ludzi łowiących ryby w rzece, która bardziej przypomina ściek. Czasem przemieszczamy się lokalnym transportem – są to niewielkie, zatłoczone autobusiki. Od czasu do czasu słychać okrzyki, nazwijmy taką osobę konduktorem, który stara się jakoś upchać do środka jeszcze więcej przybywających wciąż pasażerów, a sam jedzie wisząc niemalże ostatnim schodku. Jak dla mnie było to świetnie przeżycie, bo lubię takie klimaty.

Przyszedł czas na dalsze zwiedzanie. Najpierw odwiedziliśmy meczet Istiglal, największy taki obiekt  w Azji południowo-wschodniej., który może jednocześnie pomieścić 150.000 osób. Później zobaczyliśmy Pomnik Niepodległości – zaprojektowany przez polskiego architekta.

Chwilę później wziąłem taksówkę i poprosiłem kierowcę, by zawiózł mnie w dzielnice, w których żyje uboga część społeczeństwa Dżakarty. Nie wiem skąd bierze się u mnie tego typu pragnienie, jednak jest ono zawsze bardzo mocne i nie mogę się pohamować. Taksówkarz wiezie mnie w nieznanym kierunku. W czasie tej przejażdżki widzę przy drodze skrajnie ubogie domostwa, na wysypiskach śmieci wychudłe psy i kozy szukają czegoś do jedzenia. Wśród tych stert śmieci przewija się wiele osób – dorosłych i dzieci. Dzieci po swojemu szukają możliwości do zabawy i rozrywki, a dorośli niezbyt przyjaźnie patrzą w moją stronę, czasem gestykulują, kiedy filmuję ich z okna samochodu. W końcu taksówkarz zatrzymuje się i pokazuje mi niewielki mur, przez który trzeba przejść, a w chwilę później odjeżdża. Czuję się trochę nieswojo, lecz mimo obaw przechodzę przez ten mur. Tuż za nim jest widok na morze, a na kilkuhektarowej powierzchni między jego brzegami, a murem osada biedaków starająca się przeżyć, najczęściej żywiąca się z tym, co uda im się złowić. Dziesiątki małych domków-szałasów o bambusowej konstrukcji, przykrytych resztami brezentów czy folii. Podłoga domostw znajduje się jakieś pół metra ponad piaskiem – widać, że kiedy jest przypływ konstrukcja jest częściowo zanurzona w morzu. Wysokość takiego domostwa nie przekracza z reguły mojego wzrostu. Kobiety w prymitywnych warunkach starają się przyrządzić to, co złowili mężczyźni: niewielkie ryby, małże. Kilku mężczyzn rozplata sieci. Można zauważyć także dziesiątki dzieci. Jedne samodzielnie próbują coś robić lub się w jakiś sposób się bawić, inne trzymane są na biodrach matek lub prowadzone za rękę przez kogoś dorosłego. Część z nich ma na sobie tylko górną część odzieży. Wchodzę do kilku pomieszczeń tych domów, nisko schylając głowę. Niesamowita wręcz ciasnota. Na kilku metrach kwadratowych jest wszystko – pokój będący jednocześnie kuchnią i sypialnią. Z sufitu zwisają ubrania i podręczne przedmioty. Nikt z mieszkańców nie zadaje żadnych pytań, nikt nie podchodzi natarczywie, a tylko niektórzy wstydliwie odwracają twarz. Są jednak też tacy, którzy śmiało spoglądają w oko kamery. Nie spotykam się z żadną agresją ze strony tych ludzi. Wszyscy zachowują się tak, jakby wśród nich nie było nikogo obcego. Dorośli spokojnie wykonują swoją pracę, a czasem któreś dziecko podchodzi bliżej z ciekawością patrząc na odmiennego człowieka. Jednak kiedy mój wzrok spotyka się kilkukrotnie ze smutnym spojrzeniem małego dziecka, nie mogę pohamować łez. Najgorsze, że nie mam przy sobie nic, co mógłbym im dać. Po mniej więcej 20 minutach odchodzę uśmiechając się i machając do nich ręką. Nie chcę, by wzięli mnie za natręta. Ten zdawałoby się krótki czas, spędzony wśród tych ludzi, był niezwykłym przeżyciem i bardzo trudno jest mi w dokładny oraz precyzyjny sposób nazwać uczucia, które towarzyszyły mi podczas wizyty w tej osadzie biedaków.

Wróciłem do centrum stolicy. Piękny pałac prezydencki i centra handlowe niesamowicie kontrastują   z widoczną tuż obok skrajną biedą sporej części mieszkańców. Widzę jak ładnie ubrane dziewczynki, chodzące z pewnością do tej „lepszej” szkoły, mijają się z żebrzącą matką, która w ramionach tuli swoje dziecko. Spora grupa chłopców w szkolnych mundurkach macha do mnie rękami i radośnie krzyczy, widząc, że ich filmuję. Uliczni rzemieślnicy układają na stoisku dziesiątki oprawionych w ramki portretów prezydenta. Od czasu do czasu mijają mnie luksusowe auta, a tuż obok nich jadą autobusy obwieszone ludźmi. Po jednej stronie ulicy luksusowy, pięciogwiazdkowy hotel z przystanią dla jachtów i grający w golfa biznesmeni, a po drugiej skrajna nędza tamtejszych mieszkańców. Szokujące wręcz kontrasty, które można zaobserwować w bardzo łatwy sposób. Wystarczy tylko obrócić głowę i spojrzeć w dwie strony tej samej ulicy. Taka jest, a na pewno taka wtedy była w 1990r Dżakarta.

Wróciłem na statek. Czekała na mnie wykwintna i specjalnie przygotowana kolacja. Jednak w ten wieczór miała ona dla mnie dziwny smak.

Manila

7 marca przybiliśmy do portu w Manili, gdzie podobnie jak Dżakarcie czekało nas muzyczne powitanie. Ze względów bezpieczeństwa na zwiedzanie udajemy się w eskorcie w zorganizowanych grupach. Odwiedziliśmy Fort Santiago z XVI w., w którym kiedyś znajdowało się więzienie. Cele więzienne rozmieszczone były tak, że w chwili przypływu zalewała je woda i właśnie w ten sposób wykonywane były egzekucje. Drugim zwiedzanym przez nas obiektem był olbrzymi cmentarz amerykańskich żołnierzy poległych tu w czasie II Wojny Światowej. Na tablicach, na których wyryte zostały nazwiska poległych można było znaleźć sporo polskich nazwisk. Kolejną atrakcją wycieczki był kościół na peryferiach Manili, w którym znajdują się jedyne na świecie bambusowe organy. Z tego samego materiału, co wspomniany instrument, wykonany jest również wystrój i sufit kościoła. Następnie udaliśmy się do fabryki Jeepney`ów. Jest to najpopularniejszy na Filipinach środek transportu i w całym kraju można dostrzec olbrzymią ilość tego typu pojazdów. Jest to rodzaj samochoduterenowego z wieloma dekoracjami i jaskrawymi kolorami. Technologia produkcji nie jest zautomatyzowana, przez co każdy wehikuł ma swój indywidualny, niepowtarzalny wygląd. Jeepneye powstały z przerobionych amerykańskich terenówek wojskowych, pozostawionych na Filipinach po II wojnieświatowej. Te fantazyjne pojazdy są w pewnym sensie wizytówką Manili. Po wizycie w fabryce pojechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów za miasto, aby zobaczyć, ponoć, najmniejszy wulkan na świecie. Po drodze zaliczyliśmy kilka postojów, aby mieć możliwość obejrzenia plantacji bananów, ananasów oraz kawy. Dojechaliśmy do jeziora, gdzie znajduje się wulkan. Nad jego brzegami swoją rezydencję miał kiedyś ostatni dyktator Filipin – generał Marcos. Na tarasie widokowym, z którego podziwiamy roztaczający się widok na jezioro oraz wulkan, znajduje się także restauracja. Oprócz normalnego posiłku filipiński kierowca naszego autobusu dał nam pokaz tego, jak konsumuje jeden z ulubionych filipińskich przysmaków – dwutygodniowy kaczy embrion. Delikatnie rozbija skorupkę jajka i naszym oczom ukazuje się wyraźnie już rozwinięte małe kaczątko w galaretowatej cieczy. Przykłada skorupkę do ust i wypija całość z wyraźnym upodobaniem. Wiele osób odwraca głowę, bo nie przywykliśmy do widoku takich potraw. Skusiłem się na podobną degustację owego filipińskiego przysmaku, jednak musiałem zamknąć przy tym oczy. Dokładnie nie pamiętam już smaku, jednak po tym „wyczynie” obecne przy nim polskie turystki nie za bardzo chciały się potem  do mnie się zbliżać.

Na drugi dzień w kilka osób wybraliśmy się na zwiedzanie jednej z osobliwości Manili – cmentarza, na którym znajdują się niewiarygodne wręcz grobowce bogatych Chińczyków. Często są one wielkości normalnego domu i składają się z kuchni, pokoju, toalety, telewizora, klimatyzacji i skrzynki na listy. Ich wygląd i wyposażenie mówi o bogactwie rodziny. Można spotkać grobowce wykonane z włoskiego marmuru i zdobione szczerym złotem. W takim miejscu zbiera się często rodzina i znajomi zmarłej osoby, by móc się wspólnie spotkać i oddać wspomnieniom. Znajdują się tu zarówno grobowce chrześcijan jak i buddystów czy wyznawców Islamu. Niektóre z nich to wręcz dzieła sztuki. Przewodnik jako ciekawostkę opowiedział nam, że jeden ze zmarłych, którego nagrobek mogliśmy zobaczyć, zostawił dwie żony. Obie co tydzień przychodzą do grobowca, siadają po przeciwnych stronach i nie zamieniają ze sobą ani słowa. Ten rytuał trwa już kilka lat. Jeśli zmarły był smakoszem piwa, to znajomi przynoszą mu butelki tego trunku, jeśli natomiast lubił popijać Coca-Colę, to przy jego grobie można zobaczyć wiele pełnych butelek tego napoju. Osoby, które nie mają klucza do grobowca wrzucają do skrzynek na listy swoje prośby do zmarłego. Jeden z najstarszych grobowców liczy ponad 200 lat. Pochowana jest tu kobieta, która podobno bardzo wolno chodziła, ponieważ miała zniekształcone stopy, stąd wygląd grobowca przypomina kształt żółwia. Każdej nocy grobowiec pilnowany jest przez strażników, bo chodzą wieści, że w środku ukryte są dwie szkatułki      z kosztownościami. Jest tu także grobowiec znanego producenta filmowego i co tydzień gromadzi się przed nim spora grupka gwiazd filmowych, które wspominają swojego „guru”. Jeden z pozostawionych tu obiektów ma kształt opery w Sydney. Najdroższe grobowce warte są ok 15mln filipińskich peso.

Zgodnie z chińską tradycją dzieci nie są członkami rodziny i nie mogą być pochowane z rodzicami, dlatego mają oddzielne, małe betonowe krypty. Obok nich znajduje się miejsce, w którym pali się wszystkie rzeczy dziecka: ubranka, buciki, zabawki. Chińczycy wierzą, że dzięki temu dzieci będą mogły używać tych przedmiotów w zaświatach. Wszystkich tych informacji udziela nam filipiński przewodnik, który szczęśliwie zaczepił nas na cmentarzu i to właśnie od niego dowiedzieliśmy się o tych ciekawych historiach. Pokazał nam również grobowce biedniejszej części społeczeństwa. Betonowe sarkofagi, które, jak pokazuje Filipińczyk, można łatwo otworzyć. Odchylając płytę prezentuje nam  wnętrze jednego z nich, w którym widać pochowanego, buddyjskiego mnicha leżącego wprost na ziemi w tym sarkofagu. Jest tu także budynek, w którym leżą skremowane ludzkie zwłoki, których jest tu ponad 10.000. Teren cmentarza liczy ponad 80 hektarów i otoczony jest dzielnicami biedy. Dowiedzieliśmy się także, że nie jest to bezpieczne miejsce dla ludzi białej rasy.

Z cmentarza udaliśmy się do centrum handlowego. Próbuję filmować i za chwilę zwija mnie filipińska ochrona obiektu grożąc, że jeśli jeszcze raz będę chciał coś tu nakręcić, to zabiorą mi kamerę. Już w tamtych czasach zamachy bombowe były w  Filipinach częstym zjawiskiem. W markecie, w którym jesteśmy miesiąc wcześniej eksplodowała bomba. Agenci ochrony stoją praktycznie na każdym rogu stoisk i przy każdych drzwiach, łącznie z toaletą. Oprócz umundurowanych agentów pełno jest też służb ubranych po cywilnemu.

Manila, podobnie jak Dżakarta była wtedy miastem pełnym kontrastów. Biedę można tu było dostrzec za rogiem każdej ulicy. Nawet przy głównych ulicach widziałem wielu śpiących na kartonach czy wprost na trawie biedaków. Slumsy Manili porównywane są do tych w Kalkucie – określanych jako największe i najbardziej przerażające na świecie. W przeciwieństwie do Dżakarty, w tym mieście nie miałam ochoty na podjęcie ryzyka, by móc zobaczyć takie miejsca, zwłaszcza, że będąc w ciągu dnia w centrum miasta widziałem agresję w oczach tubylców skierowaną w naszą stronę. Wróciliśmy na statek i ruszyliśmy do ostatniego miasta naszego rejsu – Nagasaki.

Powrót na statek był bardzo miły, szczególnie dla Pań, bo przypadł akurat na 8 marca i kapitan statku zadbał o odpowiednią oprawę tego święta.

Nagasaki

W drodze do Nagasaki złapał nas sztorm. Oj, nieźle bujało. Większość pasażerów prawie nie wychodziła z kajut, a ja byłem szczęśliwy, że jakimś cudem ominęła mnie „choroba morska” i nieźle się bawiłem zataczając po statku. W końcu wpłynęliśmy do portu w Nagasaki z kilkugodzinnym opóźnieniem, dlatego czas naszego pobytu w tym mieście musiał ulec skróceniu. Mieliśmy zaledwie kilka godzin na zwiedzenie najważniejszych miejsc.

Tuż pod statkiem czekała na nas lokalna telewizja. Widocznie tak duża wycieczka była swego rodzaju atrakcją dla mediów. Wystarczyło odejść kilkaset metrów od statku i już znalazłem ciekawe dla mnie widoki. Zobaczyłem kilka grupek kilkunastoletnich dziewcząt idących grzecznie w parach, wszystkie ubrane były w jednakowe szkolne mundurki. Za chwilę ujrzałem małe grupy robotników, którzy z precyzją i pedantyzmem, godnym stomatologa wygładzającego plombę, układali elementy chodnika. Nawet nie podnieśli głowy, gdy ich filmowałem. Praca jest tu świętością, a majster to w pewnym sensie guru. Na stacji benzynowej jeden z jej pracowników tankuje pojazd i myje szyby samochodu. Jakże to było odmienne od tego, co działo się w naszym kraju 20 lat temu. Po czystych ulicach jeżdżą luksusowe jak na ówczesne polskie warunki samochody, a co kilkaset metrów można znaleźć salony gier z automatami, gdzie przez szybę widać wielu ludzi szukających tu rozrywki lub liczących na zdobycie fortuny. W jednej z kamienic widzimy zakład fryzjerski dla… psów. Przez szybę obserwujemy, jak pracująca tam kobieta pielęgnuje sierść czyjegoś pupila. Czasem mijamy posesje domów, gdzie nawet obszar kilku metrów kwadratowych przed wejściem jest pedantycznie wypielęgnowany, a misternie posadzone rośliny wyglądają jak duże bonsai.

Po ok. pół godzinnym spacerze doszliśmy do Parku Pokoju. Powstał on wokół miejsca, gdzie w czasie wojny eksplodowała bomba atomowa. W parku jest wielki posąg z brązu i muzeum upamiętniające   to okrutne wydarzenie. Jest tu także ruina zniszczonego wtedy budynku, który jeszcze dobitniej przypomina tę narodową tragedię. Nawet w tym pośpiechu, jaki towarzyszył nam tego dnia, przez nasze głowy przewijają się ponure myśli i dość smutne refleksje. Po alejkach parku przechadzają się grupy zwiedzających Japończyków. Dla wielu z nich stanowiliśmy egzotyczną atrakcję, a niektórzy z nich podchodzili, by zrobić sobie z nami pamiątkowe zdjęcie. Następnie udaliśmy się do katolickiej katedry. Był w niej nasz papież Jan Paweł II, podczas pielgrzymki do Japonii. Kolejnym miejscem naszego zwiedzania był pomnik upamiętniający ukrzyżowanie w XVI wieku 26 katolików z nakazu ówczesnego sioguna. Kilkaset metrów dalej odwiedzamy jedną z wielu buddyjskich świątyń Nagasaki. Z tarasu widokowego świątyni można podziwiać panoramę części tego pięknego miasta. Idziemy dalej wąskimi, jednak bardzo zadbanymi uliczkami starego centrum, których widok daje dużo radości naszym oczom. Zatrzymujemy się na chwilę przy starym, kamiennym moście okularowym z XVII w. Przed jedną z posesji pani ubrana w strój gejszy polewa wodą płytki schodów. Tak egzotyczny widok ubranej w ten sposób kobiety przykuwa naszą uwagę. Na spacerze ulicami miasta spędziliśmy jeszcze około godziny i niestety musieliśmy wrócić na statek, gdzie czekało nas jeszcze oficjalne powitanie przedstawicieli władz miasta. Oprawą dla tej miłej części powitalnej z okazji naszego pobytu w Nagasaki jest obecność Miss Nagasaki, japońskiej rodziny ubranej w tradycyjne stroje oraz występ artystów prezentujących regionalne tańce. Uroczystość powitania, a właściwie pożegnania dobiega końca i zmierzamy już do Nachodki. Przedostatnią noc rejsu spędzamy na parkietach dyskoteki Pana Jurka, a część  piętro niżej przy klasycznej muzyce, rodem z polskich dancingów, i tym sposobem nasz wspaniały rejs powoli dobiega końca. Na drugi dzień przepływaliśmy tuż obok wielu amerykańskich okrętów i obserwowaliśmy latające na niebie samoloty, które akurat w tym miejscu przeprowadzały swoje wojskowe manewry. Ostatni, pożegnalny wieczór na statku upłynął nam na podziwianiu występów radzieckich artystów, którzy byli częścią personelu, usłyszeliśmy także oficjalne podziękowania kapitana za wspólnie spędzony czas. Tymczasem nadszedł czas pakowania swoich walizek i następnego dnia – 14 marca – cumujemy u nabrzeży Nachodki. Witają nas opady śniegu oraz chłód. Bardzo trudno było się do tego przyzwyczaić po tych kilku tygodniach spędzonych w pełni słońca. Na nabrzeżu nie ma już witających nas tańczących artystów. Są przyglądający się nam bacznie i pilnujący nas żołnierze, którzy przechadzają się wzdłuż burty. To już inny świat… Przypominający bardzo to, co działo się u nas w 1980 roku. Z Nachodki, po oblodzonej drodze, wśród śnieżnej zawiei pojechaliśmy autobusami do Władywostoku, a fakt, że udało się nam tam dotrzeć był prawie cudem, bo pół godziny później droga została całkowicie zatarasowana. Lotnisko we Władywostoku przypomniało nam bardzo Chabarowsk. Lecieliśmy drugim samolotem i na jego wylot musieliśmy poczekać do samego rana. Na lotnisku widzieliśmy tłumy ludzi czekających na swoje połączenia. Cały ten obraz kojarzył się raczej z koczowiskiem dzikich plemion niż z portem lotniczym. Jackowi Wójcickiemu, mimo tych wszystkich niedogodności dopisywał humor i w tych niezbyt komfortowych warunkach, co chwilę dawał upust swoim artystycznym umiejętnościom, śpiewając pełnym głosem różne piosenki. Kiedy zaśpiewał „Dawne życie poszło w dal” poruszył tym całą naszą grupę i wszyscy chórem wykonaliśmy ten utwór razem z nim. Sądzę, że to dzięki niemu ta noc nie dłużyła się nam aż tak niemiłosiernie. Wystartowaliśmy 15 marca o 8.30, a o 12 naszego czasu wylądowaliśmy szczęśliwie na Okęciu.

Zakończyła się moja podróż życia. Kiedy piszę ten tekst jest lipiec 2012 roku. Od czasu tego rejsu miałem okazję być w wielu krajach i pięknych miejscach naszej planety. Zakładam, że dopiero teraz rozpoczyna się etap moich dalekich i wspaniałych podróży. Jednak myślę, że trudno będzie przebić tę podróż z 1990r, nawet jeśli zobaczę rzeczy lub miejsca o jakich mi się nigdy nie śniło. Dlaczego? Cóż, to właśnie wtedy kończyła się pewna epoka naszej polskiej szarej rzeczywistości. Dla tak dość młodego człowieka, jakim wtedy byłem, który nie miał wcześniej okazji poznania innych kultur, możliwości tego, by poczuć wolność płynącą z zachodniego systemu myślenia i funkcjonowania, dla którego siedmioletni Fiat 125p był świetnym samochodem, zobaczenie tylu miejsc naraz, a także różnych warunków, w jakich żyją inni ludzie – od totalnej biedy w Dżakarcie czy Manili do bogactwa i rozmachu Singapuru, wszystko to było olbrzymią i niepowtarzalną dawką emocji. Sądzę, że właśnie te emocje pobudziły mnie do wielu następnych podróży i działań. Podpaliły mój i tak tlący się już wyraźnie lont, by dokonywać zmian w swoim życiu. Późniejsze wybory i ich skutki nie zawsze były trafne, jednak z perspektywy czasu traktuję to wszystko wyłącznie jako pewną lekcję mądrości daną mi od życia.

Gdy dziś przerzucam zdjęcia lub oglądam siebie na filmach z tych czasów myślę: O Boże! Jak ja się wtedy ubierałem! No i te wąsy! No nie! Jakiś totalny koszmar! Jednak te ponad dwadzieścia lat temu wcale nie czułem się z tym źle. Nie odróżniałem się od innych kompanów podróży, zarówno tych bliskich, jak i dalekich. Byt kształtuje świadomość, a podróże po świecie przyspieszają i pogłębiają własny rozwój oraz dokonują w nas pewnej przemiany.