Istambuł-Ateny-Mykonos-Troja

Rejs po Dalekim Wschodzie dał mi jeszcze jedno – za film, który sprzedałem uczestnikom wycieczki zarobiłem 1500$. Wspomniana już ułańska fantazja i możliwość uczestnictwa w owej podróży nie tylko spełniła moje marzenie, ale przyniosła także niezły dochód. Od razu wpadłem na genialny pomysł, że teraz będę podróżował po świecie i jednocześnie zarabiał pieniądze filmując. Tę myśl  przeobraziłem w czyn i 12.11.1990r wyruszyłem w rejs po Morzu Egejskim. Tym razem przygotowałem się już do tego przedsięwzięcia w nieco bardziej marketingowy sposób. Wziąłem ze sobą ulotki reklamujące moją usługę, wizytówki oraz dyktafon, aby nagrywać na bieżąco informacje z odwiedzanych miejsc. 12 listopada po południu wylecieliśmy z Krakowa do Warny i wieczorem zakwaterowaliśmy się na pasażerskim promie „Dymitr Szostakowicz”. Ok. 20.00 odbiliśmy od brzegu i obraliśmy kurs na Istambuł. Po przywitaniu się z załogą zapytałem organizatora wycieczki o możliwość zareklamowania mojej usługi i… dostałem absolutny zakaz. No i czapa. Mój pomysł na biznes skończył się zanim jeszcze na dobre się rozpoczął. W czasie tego rejsu byłem więc zwykłym turystą, bez żadnych zobowiązań i znów mogłem podziwiać piękny kawałek naszej Ziemi.

Następnego dnia wstałem przed wschodem słońca, by zobaczyć to jakże piękne dla mnie zjawisko natury. Było nieco mgliście, gdy wpływaliśmy w cieśninę Bosforu, jednak jeżeli człowiek ma w sobie trochę wrażliwości, zawsze może dostrzec coś pięknego w oglądanym widoku. Istambuł, a w starożytności Bizancjum,  przemianowany później na Konstantynopol, w oczach przeciętnego Europejczyka uchodzi za symbol Wschodu, zarówno w sensie geograficznym jak i historycznym. Trudno oczekiwać, że w ciągu dwóch dni będzie nam dana możliwość całkowitego poznania oraz zrozumienia prawdziwego oblicza i atmosfery tego miasta. Dwa lata wcześniej byłem tu kilkukrotnie w celach handlowych i choć nie miałem wtedy praktycznie w ogóle czasu na jego zwiedzanie, to klimat panujący w tym mieście działał na mnie jak magnes. Teraz nareszcie mogę delektować się tym, co zobaczę jako rasowy turysta. Każdy ma swoje subiektywne odczucia oraz indywidualne upodobania i chce znaleźć w tym mieście coś innego. Istambuł jest usytuowany po obu stronach cieśniny i leży nad zatoką zwaną Złotym Rogiem. Płyniemy wolno przez Bosfor i mimo lekkiej mgły napawam się widokami tego magicznego miasta. Co chwilę pojawiają się budowle przypominające tę wielowiekową historię miasta. Przez chwilę czułem się niczym lord Byron, który opisywał piękne widoki podróżując do Istambułu prawdopodobnie tą samą trasą na początku XIX w. Być może w jego czasach widok miał w sobie więcej romantyzmu dzięki wpływającym do miasta żaglowcom, jednak mimo tego, że dziś zamieniły się one na statki i łodzie motorowe, widoki są dla mnie niepowtarzalne. Europejską i azjatycką część miasta łączą ze sobą dwa potężne mosty. Właśnie przepływamy pod jednym z nich. Nie tyle architektura, co właśnie wielkość owych konstrukcji budzi podziw osób je oglądających.

Dopłynęliśmy do przystani. Pierwszy dzień był dniem wolnym i każdy mógł wybrać się na poszukiwanie tego, po co tu przybył – egzotyki lub tanich ciuchów. Mnie, jak zwykle pasjonuje życie zwykłej ulicy. Wyruszyłem więc w miasto. Fascynujące!!! Na portowym nabrzeżu wielu mężczyzn łowi ryby za pomocą wędki, a tuż obok nich znajdują się stragany rybaków, którzy usiłują sprzedać to, co złowili w nocy. Każdy z nich zachwala swój towar najlepiej jak potrafi, głośno nawołując. Ryby można tu kupić o każdej porze, zarówno w dzień jak i w nocy. Życie w tym mieście nie jest łatwe i już od dziecka wszyscy przyzwyczajeni są do konieczności zarabiania na własne utrzymanie. Żaden zawód nie jest hańbą, byle tylko przynosił zysk. Idę przez most Galata. Zatrzymuję się na chwilę i obserwuję ulicznego akwizytora, który prezentuje małe urządzenie do wyciskania soku z cytryny. Wymowne gesty, tonacja głosu, próba indywidualnego podejście do poszczególnych ludzi stojących wokół niego. Doskonały sprzedawca. U nas mógłby być trenerem i wykładowcą sztuki umiejętnej sprzedaży. Tutaj taki „trener” pracuje co 100-200 metrów. Wydaje się, że ci ludzie mają takie umiejętności zapisane w genach. Kolorytu tej scenie dodaje widok kopuły i wież minaretów meczetu Yeni Cami. Nie mogę nacieszyć oczu i uszu, tym co widzę i słyszę. Aż trudno mi stamtąd odejść. Na ulicach kierowcy dokonują istnych cudów, jeśli chodzi o zręczność i refleks, by wyminąć jadące lub stojące wózki oraz inne samochody. Klakson aut słychać tu prawie cały czas, ale nikt się tym specjalnie nie przejmuje. Każdy przechodzi przez ulice gdzie chce, a kierowcy nie przywiązują większej uwagi do zmieniających się świateł. Chodniki zapełnione są tłumem ludzi. Sprzedawcy gazet głośno pokrzykują, inni roznoszą herbatę, a jeszcze inni sprzedają prażoną kukurydzę czy obwarzanki. Dwóch Turków prowadzi na smyczach dwa spore niedźwiedzie. Kieruję na nich swoją kamerę, a oni natychmiast zatrzymują się i niedźwiedzie stają na dwóch łapach. Kończę kręcenie kadru i… wypada wyjąć coś z portfela. To ich praca, a ja ją szanuję. Nawet wiekowo wyglądający starzec siedzący na schodach, który widzi, że go filmuję wymownie wyciąga dłoń ruszając palcami, aby mu zapłacić za występ J Dochodzę do placu przy meczecie Yeni Cami. Kilku pucybutów rozłożyło tu swój warsztat w postaci stołeczka i małej drewnianej skrzynki, w której trzymają swoje akcesoria. Nie brakuje osób, które chcą skorzystać z ich usługi – co chwilę ktoś podchodzi, by wyczyścić swoje obuwie. Kilkanaście metrów dalej sędziwy staruszek siedzi na schodach prowadzących do meczetu i karmi gołębie. Jest ich tysiące! Niektóre latają tuż nad nim, przysiadają na ramionach, dłoniach i tłoczą się wokół rzucanej przez niego kukurydzy. Można u niego kupić pokarm dla ptaków i samemu oddać się przyjemności ich karmienia. Dla tego człowieka, który prawdopodobnie nie może nawet chodzić, jest to sposób na zarobienie pieniędzy.

Wszystko tu jest biznesem. Tu każdy robi cokolwiek, by tylko przetrwać i zarobić. Plac wypełniony jest akwizytorami, sprzedającymi inne towary. Fascynuje mnie niesłychany koloryt, wręcz  magia tego miejsca. Kiedy myślę o Istambule, to właśnie taki obraz mam zawsze w swoich oczach. Wieki historii widoczne we wspaniałej architekturze tego miasta i jedno z najbardziej żywotnych społeczeństw, jakie mam okazję obserwować – ludzi mieszkających i pracujących tu na co dzień. Są to przede wszystkim Turcy, jednak Istambuł zamieszkuje też wielu ludzi innej narodowości – Kurdowie, Arabowie, Żydzi, Europejczycy. Każdy plac, każda ulica czy kawałek chodnika, jest dobrym miejscem do tego, by rozłożyć swój bazar i sprzedać, co się da. Niesamowite! Idę dalej wąskimi, barwnymi, uliczkami starej części miasta. Co krok mijam małe restauracyjki i kebaby. Zapach pieczonej baraniny rozchodzi się po całej ulicy. Co jakiś czas spotykam także ludzi pchających wózek z herbatą. I naprawdę, w żadnym innym kraju ten napar nie smakuje tak dobrze jak tu. Mocny, aromatyczny zapach i ten niezapomniany smak… Przy ulicy co krok rozstawione są warsztaty szewców, rymarzy, blacharzy. Na swoich własnych barkach tragarze dźwigają nieprawdopodobne dla ludzkich mięśni ciężary. Cała ta społeczność jest niczym idealny mechanizm, każdy odgrywa tu swoją rolę, niezbędną dla utrzymania harmonii pracy oraz ludzkiej egzystencji. To właśnie egzotyka Istambułu. O takich widokach zawsze marzyłem i teraz mam okazję, by je obserwować. Staram się niczego nie przeoczyć i objąć zmysłami tak wiele, jak to tylko możliwe. Wkroczyłem na szerszą ulicą, właściwie swego rodzaju deptak i jak okiem sięgnąć widzę tłum ludzi różnych narodowości, przemieszczających się w jedną i drugą stronę. Nie jest to ruch spokojnie spacerujących przechodniów. Wszystko to wygląda jak wielka kolonia mrówek, która w pośpiechu szuka pożywienia lub wypełnia określone misje. Z każdej strony jest tu sklep przy sklepie i można w nich kupić dosłownie wszystko. Wystarczy tylko na kilka sekund przystanąć przy którymś z nich i natychmiast pojawia się sprzedawca, który szybko stara się rozszyfrować z jakiego kraju jest jego potencjalny kupiec, próbując nawiązać konwersację w języku danego narodu! Nie ważne czy jesteś Polakiem, Włochem, Niemcem, Rosjaninem czy Amerykaninem. Tureccy sprzedawcy to prawie poligloci, lecz tego właśnie wymaga tu ten zawód. Zmierzam do miejsca gdzie jeszcze rok temu sam handlowałem na jednej z tutejszych ulic, gdzie nawet policjanci byli wtedy klientami, z którymi się targowałem. Dochodzę do największego wtedy skupiska ulicznego handlu – placu przed Meczetem Beyazit i Uniwersytetu. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem to miejsce prawie całkowicie opustoszałe. Okazało się, że na początku 1990r władze miasta zakazały tu takiej formy handlu i w tej chwili cywilni funkcjonariusze policji skutecznie rozpędzają nielicznych już amatorów handlu. Powracam, więc do spaceru w wąskich uliczkach Istambułu. Znów otacza mnie gwar ludzi, małe warsztaty, sklepiki, bary, tragarze, którzy mkną szybko ze spuszczoną ze zmęczenia głową, roznosiciele herbaty, a czasem grupka mężczyzn, która prawie na środku ulicy na rozłożonym stoliku gra w grę przypominającą szachy. Dochodzę do bazaru Kapali Carsi – tzw. Kryty Bazar. To labirynt wąskich uliczek z kramami, sklepami nastawionymi przede wszystkim na sprzedaż pamiątek dla turystów. Złoto, srebro, dywany, wyroby skórzane, porcelana, ubrania, torby, walizki, buty i tysiące innych artykułów, które niejednokrotnie budzą zachwyt przeciętnego turysty. Wystarczy mały błysk zaciekawienia w oku i jeśli człowiek sam nie jest dobrym handlarzem lub nie orientuje się dokładnie w cenie towaru, to na pewno słono przepłaci. Zejść o 30% z pierwszej oferowanej przez sprzedawcę ceny, to nie jest najwyższa szkoła jazdy. Nawet jeśli uważamy, że zrobiliśmy interes życia, bo udało nam się stargować cenę o 50%, to na drugi dzień możemy parę ulic dalej zobaczyć taki sam towar jeszcze taniej, zwłaszcza w innym, mniejszym tureckim mieście. Ci ludzie są mistrzami targowania i należy o tym pamiętać, gdy wybieramy się na zakupy w takie miejsca. Dzięki Turkom sam nauczyłem się wielu tych umiejętności. Przydaje mi się to wielokrotnie nie tylko w prowadzonym biznesie, ale także w czasie normalnych zakupów w polskich sklepach czy podczas rezerwacji hotelu.

Wychodzę z bazaru i znów wracam na ulice miasta. W 1990r można było poczuć się tu, jak u siebie w domu. Witryny wielu sklepów opatrzone były polskimi napisami: „Kopernik”, „Moda – Ewa Sobieski”, „Polonez” „Wałęsa Lider Centrum”, „Boniek”, „Mickiewicz”, ”Gdańsk”,„Warszawa”, „Moda Polonia”, itd., itd. Wszedłem na chwilę do jednego z takich sklepów-hurtowni. Ależ swojsko. Oprócz mnie kilkunastu kupujących tu coś Polaków, obsługa doskonale mówiąca w naszym języku i patrząc na wielkie, wypełnione towarami torby i worki, dochodzi tu do naprawdę sporych transakcji. Niektórym mogę tylko życzyć „ślepych celników” J. Był to jednak czas, kiedy popyt na tureckie wyroby bardzo się obniżył. Jeszcze rok, czy dwa wcześniej, kiedy tu byłem, w okolicach Uniwersytetu trudno było znaleźć miejsce do zaparkowania samochodu i widać było prawie wyłącznie polskie rejestracje aut. Rok 1990 stał pod znakiem olbrzymiego rozkwitu polskiego handlu z Tajlandią czy Chinami. Ci, którzy trudnili się tym zawodowo wybierali właśnie tamte rejony świata w celach zarobkowych. Przy ulicznych straganach częstymi gośćmi są teraz Rosjanie, bo widać mnóstwo typowych rosyjskich pamiątek i często słychać na ulicy ich język. Pomyślałem, że pewnie niedługo zamiast polskich nazw sklepów pojawią się „Gorbaczow”, „Moskwa” czy „Natasza”. Turcy szybko dopasowują się do koniunktury handlu i w tej dziedzinie na pewno sobie poradzą. Co chwilę słyszę na ulicy nasz język i czasem widzę targujących się Polaków. Ależ czuję się dziś komfortowo – jestem po prostu turystą! Turystą w mieście, które mnie zachwyca swoim kolorytem i egzotyką.

Nadchodzi wieczór. Na ulicach jest coraz mniej osób, zamykane są sklepy, ale handel uliczny i małe bazary funkcjonują tu przez całą noc. Mali pucybuci pomału zwijają swoje warsztaty, a ja zmierzam powoli w stronę statku. Na tle nieco zamglonego i szarzejącego nieba podziwiam widok Meczetu Sulejmana i w wieczornej ciszy wsłuchuję się w śpiew muezina. Cudowny, niezapomniany dzień.

Wieczór spędzony na statku również okazał się bardzo miły. Specjalnie dla nas zorganizowano 2 godzinny rejs jachtem po Bosforze z degustacją świetnych potraw, wina i innych trunków. Przejażdżkę umilały występy artystów, którzy prezentowali regionalne tańce, a później pojawiła się grupa tancerek z wdziękiem prezentując nam taniec brzucha. Natomiast, gdy wyszło się na pokład można było co chwilę podziwiać pięknie oświetlone zabytki Istambułu oraz wspaniale prezentujący się o tej porze most nad Bosforem.

Następny dzień był praktycznie w całości wypełniony programem zwiedzania. Zaczęliśmy od przejazdu na azjatycką stronę Istambułu przez jeden z potężnych mostów. Tuż nad brzegiem Bosforu jest wzgórze, skąd można podziwiać piękną panoramę europejskiej części miasta. Jest to miejsce wypoczynku i rekreacji dla wielu mieszkańców Istambułu. Można tu także znaleźć kilka dobrych restauracji, dużo zieleni i generalnie jest to miejsce, w którym zapomina się o miejskim gwarze. Po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Nie będę się tu zbytnio rozpisywał o wszystkich pięknych zabytkach i budowlach, bo wszelkie informacje o tych wspaniałych miejscach można znaleźć w większości przewodników, a w dzisiejszych czasach wystarczy „wujek Google” i mamy to, czego szukamy. Ponadto nie jestem wielkim fanem muzeów, zamków, galerii, więc moje relacje z tego typu miejsc będą dość krótkie.

Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Błękitnego Meczetu nazwanego tak od niebieskich, fajansowych wykładzin zdobiących jego wnętrze. Podobnie jak modlący się tu muzułmanie weszliśmy do środka bez obuwia. Nie spotykaliśmy wtedy zbyt wielu wyznawców Koranu, ponieważ to piątek jest tu dniem świątecznym i właśnie wtedy meczet wypełniony jest modlącymi się ludźmi. Muzułmanie stanowią 98% społeczności Turcji, a dniem wolnym od pracy jest tu niedziela. Olbrzymia powierzchnia pod główną kopułą meczetu wyścielona miękkimi dywanami robi spore wrażenie. Cisza oraz majestat tego miejsca powoduje, że jeśli ktoś wierzy w Boga to i tak ma ochotę na pogrążenie się w swojej własnej modlitwie bez względu na to, jakiego jest wyznania.

W pobliżu Błękitnego Meczetu wznosi się najsławniejsza budowla Istambułu – Hagia Sophia czyli dawny kościół Mądrości Bożej. Po przekształceniu jej w meczet Turcy dobudowali minarety i zmienili wiele szczegółów. Mimo to, jeśli ktoś jest chrześcijaninem, to pobyt we wnętrzu tej świątyni nie tylko może budzić jego turystyczną ciekawość, ale także doprowadzić do wielu refleksji.

Następnym odwiedzonym przez nas obiektem był kompleks zabudowań Pałacu Sułtańskiego – Topkapi Sarayi. Jest to jedno z najciekawszych na świecie muzeów historii i kultury Wschodu.

Po zwiedzeniu muzeum wróciliśmy na statek. Akurat w tym dniu w Istambule było wielkie święto fanów piłki nożnej, mecz Turcja- Polska! Oczywiście nie miałem biletu na to wydarzenie, bo i skąd, ale pod stadionem trzymając wysoko swoją kamerę wciskam kit, że jestem z telewizji polskiej i… udaje się! Wchodzę na mecz! Tysiące tureckich kibiców bezskutecznie szturmowało stadionowe bramy, a mnie się udało. Mam naprawdę dobre miejsce, skąd filmuję mecz naszej reprezentacji. Kiedy Polakom udaje się strzelić gola boję się w zbyt entuzjastyczny sposób okazać przeżywaną radość, bo siedzę tuż pod sektorem klubu kibica tureckiej reprezentacji, a prezentowane przez nich emocje są zupełnie odmienne od moich. Za chwilę na murawę lecą petardy i świece dymne. Mała stadionowa zadyma. Wynik meczu 1:0 dla Polski! Hurra! Wracam szczęśliwy na statek, a o północy wypływamy i bierzemy kurs na Ateny.

Następnego dnia przepływamy przez cieśninę Dardanele. Jest ładna, słoneczna pogoda i większość wycieczkowiczów opala się na pokładzie. Na brzegu widać historyczne budowle, upamiętniające krwawe walki Aliantów i Turków z czasów I Wojny Światowej.

Powoli na niebie uwidacznia się zarys zachodzącego słońca, a ja jak zwykle siedzę na pokładzie, by napawać się tym widokiem. Dzisiejszego wieczoru jest szczególnie piękny – ubarwiony złotoczerwonymi chmurami nad horyzontem morza.

Dzisiejszą atrakcją jest „Wieczór piracki” i każdy jak może upodabnia się do morskiego pirata. Oj, było naprawdę wesoło! Poza różnobarwnymi przebraniami, w tle dochodzi nas świetna muzyka Skaldów, którzy w czasie całego rejsu, co wieczór prezentowali nam swój repertuar.

Ateny

Następnego dnia rano nasz statek przybił do portu w Pireusie i stąd autokarami pojechaliśmy do Aten.

Zwiedzamy Akropol. Przewijające się tłumy turystów, wśród starożytnych ruin na pewno mogą skutecznie rozproszyć wszelkie myśli, jednak czasem udaje mi się przenieść myślami do czasów świetności Hellady i wyobrażam sobie, jak wtedy mogło wyglądać to piękne miejsce. Później udajemy się do Aten i jedziemy autokarem ulicami miasta. Zatrzymujemy się przy Świątyni Zeusa Olimpijskiego, Łuku Hadriana i stadionie z 1895r, gdzie rok później odbyła się pierwsza Nowożytna Olimpiada. Później oglądamy  tzw. Tryptyk Ateński czyli Bibliotekę Narodową, Akademię Ateńską i Uniwersytet – są to dzieła braci Hansen z XIX w. Następnie udajemy się do Kościoła Katedralnego, a potem przez chwilę przechadzamy się po naprawdę pięknym Parku Narodowym, położonym za starym zamkiem. Park założono w połowie XIX w. Później przenosimy się pod nowy Pałac Królewski, gdzie przed wejściem paradują groteskowo wystrojeni i poruszający się gwardziści. Choć naprawdę lubiłem lekcje historii, to obserwowanie zmian warty i ruchów tych gwardzistów są dla mnie bardziej interesujące niż widok Akropolu. Mógłbym powiedzieć: No! Wreszcie coś się dzieje! Gdyby nie przymus poruszania się w grupie, to na pewno poświęciłbym więcej czasu na obserwację tych gwardzistów. Idziemy dalej i znowu jakieś budowle, mury… Fakt, że wielkie, historyczne, i są wykonane w określonym stylu architektonicznym, każdy z innego rodzaju marmuru, jednak nic nie poradzę na to, że nie kręci mnie taka forma zwiedzania. Żeby chociaż znalazł się jakiś grajek z saksofonem albo przynajmniej na katarynce zagrał, to już byłoby mi przyjemniej. O, i znowu oni! Wielki budynek przed nami to Parlament, a tuż obok niego znowu Ci fajni goście w tych śmiesznych mundurach. Naprawdę bardzo mile wspominam widok greckich gwardzistów. Pozdrawiam Was chłopaki, jesteście nieziemscy.

Do odpływu zostało jeszcze dwie godziny czasu i każdy już na własną rękę mógł wybrać atrakcje, które chciałby zobaczyć lub poszukać tego, co chciałby kupić. Spaceruję po centrum Aten, ale nie widzę wybitnie atrakcyjnych tematów do filmowania czy opisywania. Gdyby tak chociaż jeden dzień dłużej zostać w Istambule…

Wracamy na statek, na którym czekają nas jeszcze występy greckich tancerzy. Tak, ta muzyka ma w sobie tak wielki temperament, że trudno się oprzeć pokusie, by chociaż obok parkietu nie pokołysać biodrami.

Odpływamy z Pireusu i kierujemy się na Cyklady, a konkretnie na wyspę Mykonos.

Mykonos

Mykonos znane jest z kilkudziesięciu wiatraków i  360 błyszczących w słońcu białych kaplic. Wyspa ta jest eleganckim kurortem dla turystów. Wpływamy do zatoki w świetle wschodzącego słońca. W piękny i uroczysty sposób wita nas ten kawałek lądu. Statek rzuca kotwicę w zatoce i stąd małymi łodziami jesteśmy przewożeni na ląd. Mała przystań, przy której cumują rybackie łodzie od razu wprawia mnie w dobry nastrój. Kilku rybaków, którzy jak widać dopiero niedawno wrócili z połowu, oporządza swoją zdobycz. Na łodzi siedzi stary Grek z głębokimi bruzdami na czole i twarzy, który spracowanymi rękami nawija żyłkę na kawałek drewna. Tyle w tym obrazie harmonii i spokoju. Odwracam głowę w drugą stronę, a tam dużo młodszy rybak, brutalnie i mocno uderza ośmiornicą o beton, a potem za pomocą wąskiej deski robi z niej praktycznie miazgę. W tym widoku nie ma spokoju! Ruszam dalej i za chwilę przyglądam się łodziom i małym jachtom, które lekko i tanecznie kołyszą się na wodach przystani. Jest to jak forma terapii pourazowej po oglądanej przed chwilą dramatycznej scenie z ośmiornicą.

Mykonos zwiedzamy na własną rękę, a mi bardzo odpowiada taka forma wycieczki. Przed sobą widzę wzgórze nad zatoczką, więc postanawiam zobaczyć jak z tego wzniesienia wygląda panorama miasta. Wybieram dróżkę, która, mam nadzieję, zaprowadzi mnie właśnie w to miejsce i spacerkiem ruszam naprzód. Po drodze mijam Greka, prowadzącego stado owiec, a trochę dalej małe gospodarstwo z kozami i owcami. Część ludności wyspy trudni się pasterstwem bądź prowadzi małe gospodarstwa domowe i właśnie te wspomniane widoki są tego przykładem. Po mniej więcej 20 minutach docieram na wzgórze, siadam  w wygodnym miejscu i spędzam tam co najmniej pół godziny. Obraz niczym z wakacyjnej pocztówki: zatoka z widokiem na spokojne morze, horyzont zamknięty zamglonymi wyspami, które stapiają się z niebem. Widać także cypel drugiej wyspy i niewielką wysepkę, przy której zacumował nasz statek. Tuż pod wzgórzem przystań, gdzie zacumowanych jest kilkadziesiąt małych łodzi, a po mojej lewej można dostrzec setki białych domów, które zlewają się prawie w jedną całość. Przy końcu linii zabudowań na niewielkim odkrytym pagórku, tuż przy zatoce widać kilka malowniczych wiatraków. Niech ktoś mi udowodni wyższość piękna Akropolu nad wyższością widoku tej zatoczki. Jak dla mnie podziwiany obecnie przeze mnie widok jest sto razy bardziej doskonały! Mówię to z pełnym przekonaniem. Pół godziny spędzone w delikatnym cieple słońca z taką panoramą wprowadziło mnie w cudowny nastrój. Wolno zszedłem ze wzgórza i skierowałem się w pierwszą lepszą uliczkę, a właściwie labirynt uliczek tego uroczego miasteczka. W wielu przypadkach trudno określić je mianem uliczek, bo czasami ich szerokość nie przekraczała 1 metra. Najczęściej wyłożone są kamiennymi płytami o nieregularnych kształtach i wyglądają jak duże puzzle. Wraz z białymi ścianami budynków oraz z kontrastowym błękitem nieba u góry i niejednokrotnie girlandami kwiatów zwisającymi z balkonów domów stanowią piękny widok. Drzwi, okna, balustrady często pomalowane są w intensywnym niebieskim, czasami brązowym, rzadziej zielonym kolorem. Co kawałek mijam małe dziedzińce z krużgankami, schodami lub tarasami, które wprost łączą się z uliczką, a czasem przez lekko uchylone drzwi otwiera się widok na mały dziedziniec, który jakby zaprasza do środka: Wejdź gościu i odpocznij sobie, (…nie wróci już socjalizm, przyrzekam ja tobie… ot, takie luźne rymowanie i skojarzenie J ). Co jakiś czas pojawia się malutki sklepik lub warsztat mieszczący się w domu, gdzie nie widać żadnego pośpiechu w pracy lub przy robieniu zakupów. Czasem w czasie wędrówki po tym bajecznym labiryncie przez minutę lub dwie nie spotyka się nikogo, a czasem można dostrzec sędziwych Greków, których gesty i mowa jest tak spokojna i powolna jakby czas płynął tu dwa razy wolniej. Gdzieś w oddali na tle nieba widzę fragment wiatraka, pewnie jednego z tych, które widziałem wcześniej ze wzgórza i chcę tam dotrzeć. Wydostaję się z wąskich uliczek i trafiam na teren, na którym prawdopodobnie mieszkają bogaci mieszkańcy wyspy. Duże wille z ładnymi ogrodzeniami, bramami, i mimo kamienistego podłoża zadbane ogrody, na dachach baterie słoneczne. Wszystko to jednak harmonizuje z widokiem dookoła. Dochodzę do wiatraka, którego fragment widziałem w uliczce. Jest ich kilka, jednak nie są to te widziane przeze mnie ze wzgórza. Te zlokalizowane są w zupełnie innej strony. Cóż, ten spacer po labiryncie był tak uroczy, że w ogóle nie patrzyłem, w którą idę stronę, a nawet gdybym to robił, miałbym marne szanse na to, aby od razu trafić do celu. Ustalam kurs marszu i za dwadzieścia minut dochodzę do wiatraków nad zatoką. Są tuż przy wodzie, której tafla wydaje się gładka niczym aksamit. Podziwiam statek w zatoczce, tuż obok na kamieniach koło brzegu mewy czyszczą sobie pióra, a obok mnie piękne wiatraki tuż nad brzegiem. No i niech mi ktoś powie, że Akropol … J Nagle przede mną pojawia się Grek jadący na ośle i zatrzymuje się przed wiatrakami, jakby wiedział, że chciałbym mieć takie ujęcie! Jest mi tu naprawdę cudownie. Myślę, że chyba nawet najbardziej znerwicowany człowiek po spędzeniu tu paru godzin byłby wyleczony. Ta wyspa działa na mnie naprawdę niesamowicie. Kiedy jestem przy wiatrakach, kilkaset metrów dalej na wzgórzu widzę kilka kaplic, więc przemieszczam się w ich kierunku. Pierwsza, druga, piąta, dziesiąta – już nie liczę ile dokładnie ich tu jest, lecz podziwiam prezentowaną przez nie prostotę i piękno w jednym. Jak wszystkie tutejsze budynki, kaplice są murowane, mają białe ściany, a u góry małe krzyże. Czasem obok nich znajduje się mały plac z zasadzonymi dookoła kwiatami. Wszystkie kaplice są zadbane i czyściutkie. Jedna z nich jest otwarta, bo akurat jakaś Greczynka zapala świeczki przy małym, bocznym ołtarzu. Postanawiam wejść do środka. Ma ona może 20 m² powierzchni, skromne wnętrze z małym ołtarzem, kilkanaście obrazów świętych. Kiedy wychodzę jakaś kobieta częstuje mnie cukierkami, a starszy mężczyzna, który wygląda na prostego człowieka, pokazuje mi  obraz, który trzyma w rękach. Być może sam go namalował. Cisza, spokój, słońce, morze, uśmiech i życzliwość ludzi – czy trzeba czegoś więcej? Wracam na wzgórze, z którego na początku dnia oglądałem zatokę, nic się nie zmieniło. Wszystko tak samo piękne jak z rana. Znów siedzę przez chwilę w błogim nastroju i staram się zapamiętać ten widok. Po chwili schodzę nad brzeg zatoki i z innym uczestnikiem wycieczki postanawiamy popływać w morzu. Jest połowa listopada, ale na nasze szczęście to nie Bałtyk. Woda jest jednak chłodna ok. 17-18 °C. Stajemy się atrakcją dla kilku przechodzących osób, bo wg nich jest absolutnie za zimno na takie kąpiele. Po minucie czy dwóch organizm przyzwyczaja się do temperatury i te kilkanaście minut pływania staje się naprawdę przyjemne.

Wracam w pobliże przystani i siadam pod parasolem przy stoliku małej restauracji. Zamawiam kawę i przyglądam się ludziom. O tej porze roku nie ma prawie turystów. Przy kilku stolikach po 2-3 osoby leniwie sączy jakieś trunki. Na wszystkich twarzach maluje się spokój i widać pogodę ducha. Jakiś miejscowy bard przysiada na murku z gitarą i zaczyna swój występ. Znów sielankowy nastrój. Za chwilę dobiega mnie wybuch śmiechu kilku osób, więc podnoszę się by zobaczyć, co się dzieje. Z wody wyszedł właśnie olbrzymi pelikan i podszedł do pary starszych Greków. Swoim zachowaniem przypomina raczej kota lub psa. Prawdopodobnie jest oswojony i jak się później dowiedziałem jest to pupil mieszkańców miasteczka. Podszczypuje kobietę, która udaje, że się broni przed tym atakiem, nadstawia głowę, by ktoś go pogłaskał, otwiera wielki dziób i za chwilę Grek wsadza tam prawie całą głowę, a on znowu łasi się niczym kociak. Dostaje coś do zjedzenia i podchodzi do innej osoby na pieszczoty, a być może jakiś smakołyk. Naprawdę bajkowy widok.

Powoli nadchodzi czas na opuszczenie wyspy. Nie ukrywam, że robię to z żalem, bo nie pamiętam kiedy i w jakim miejscu czułem taki wewnętrzny spokój. Kiedy wchodzimy na statek obserwujemy piękny zachód Słońca, a więc wyspa uroczo nas przywitała i tak samo wspaniale żegna. „Kiedyś tu wrócę.” – pomyślałem.

Troja

Następnego dnia rano przypłynęliśmy do Canakkale. W 1945r toczyły się tutaj krwawe walki Aliantów z Turkami. Z tego 30-tysięcznego miasta udajemy się autokarami do legendarnej Troi. Wycieczka pobudza wyobraźnię, bo któż nie znałby historii opisanej w Odysei. Fascynujące losy jej bohaterów, a to co dziś można zobaczyć w miejscu rozgrywania się tych wspaniałych bitew, to jednak całkowicie różne obrazy. Teraz mieści się tu muzeum prezentujące naczynia, narzędzia i część uzbrojenia z tamtych czasów oraz ok. 10-metrowej wysokości drewniany koń będący dzisiejszą wizją legendarnego konia trojańskiego. Ruiny Troi leżą obok szosy prowadzącej do Canakkale. Mimo na pewno olbrzymiej wartości historycznej tego miejsca, sam widok prezentuje się dość skromnie.

Troja jest ostatnim miejscem, które odwiedzamy. Po południu w promieniach zachodzącego słońca odpływamy w kierunku Warny, a płynąc przez cieśninę Bosfor jeszcze raz możemy zachwycać się widokiem Istambułu. Dla mnie nocny widok na to miasto jest naprawdę zachwycający.

Cieszę się, że nasza podróż kończy się w taki właśnie sposób -  widzę miasto, w którym jestem wręcz zakochany. Chcę tutaj jeszcze wracać i znów fascynować się widokiem wąskich uliczek, wypełnionych po brzegi kolorowym tłumem ludzi, którzy tak jak nikt inny z determinacją i uśmiechem na twarzy, walczą o swój byt.